T   Y   G   O   D   N   I   K    
N A S Z A         P O L S K A
    ISSN 1425-1914     Indeks 332453     NR 11 (632)     12 marca 2008  
    
        

Kto i dlaczego wyjeżdżał z Polski po 1968 roku?
Prawda i mity "marcowej" emigracji
Dziś dla obywateli demokratycznej Rzeczypospolitej krzywda naszych współziomków, przyjaciół, kolegów i bliskich pozbawionych ojczyzny przez totalitarny reżim wywołuje wstyd tym większy, że do tej pory, przez 19 lat demokracji nic nie zrobiliśmy dla ich sprawy. Wszyscy, którzy utracili obywatelstwo polskie wskutek antysemickiej nagonki w marcu 1968 roku, powinni je odzyskać - w 40 lat od tego wydarzenia, bez upokarzających starań, oczekiwania miesiącami i latami na decyzje urzędników - z takim żądaniem wystąpili sygnatariusze listu otwartego z poparciem dla Gołdy Tencer, która zwróciła się do prezydenta RP o przywrócenie obywatelstwa marcowym emigrantom. Pod listem podpisała się niemal wszystkie autorytety III RP: od Marii Janion po Wisławę Szymborską, od Barbary Skargi po Kazimierę Szczukę, od Andrzeja Wajdy i Agnieszki Holland po Karola Modzelewskiego i Zbigniewa Bujaka, od Marka Safjana i Aleksandra Smolara po Andrzeja Garlickiego i Janusza Tazbira, od Pawła Huelle i Jerzego Pilcha po Sergiusza Kowalskiego i Stanisława Obirka, od Magdaleny Środy i Izabelli Cywińskiej po Marcina Króla i Pawła Śpiewaka.
0811sie1.jpg
List nagłośniła "Gazeta Wyborcza", toteż nic dziwnego, że pod takim naciskiem postulat Gołdy Tencer zaakceptował Pałac Prezydencki i rząd RP. W imieniu tego ostatniego wystąpił wicepremier i szef MSWiA Grzegorz Schetyna, który w zeszłym tygodniu zadeklarował, że podlegli mu wojewodowie będą potwierdzać obywatelstwo marcowych emigrantów szybko i bardzo szybko, a procedura ma być wręcz błyskawiczna. - Wspaniale. Bardzo się cieszę - skomentował od razu Piotr Kadlcik, szef Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich, który wraz ze Stowarzyszeniem "Otwarta Rzeczpospolita" także zwracał się w tej sprawie do MSWiA. Kadlcik dodał, że ta sprawa była szczególnie ważna także dlatego, że tych ludzi, którzy będą się starać obecnie o potwierdzenie obywatelstwa, nie będzie bardzo wielu. Bardzo cieszy, że naprawiono, właściwie - że starano się naprawić niesprawiedliwość.
Ilu wyjechało?
Słowo niesprawiedliwość w kontekście emigracji po 1968 r. pojawia się często. Używa się go jednak chyba zbyt pochopnie i bezrefleksyjnie, nie uwzględniając historycznego kontekstu ówczesnych wydarzeń. A kontekst ten, mimo upływu 40 lat, nadal jest mało znany. Tak naprawdę nie ma zadowalającej odpowiedzi na pytania zasadnicze: ile osób wyjechało wtedy z Polski, jaki był przekrój zawodowy, społeczny, polityczny tamtej emigracji i co było powodem wyjazdów.
0811sie2.jpg
Na pierwsze pytanie historycy od dawna próbują odpowiedzieć, lecz całościowych danych w dalszym ciągu nie mają. Jedyną oficjalną enuncjacją władz PRL na temat liczby wyjeżdżających był komunikat PAP z 11 czerwca 1969 r., według którego od początku lipca 1967 r. do końca maja 1969 r. wyjechało do Izraela 5264 obywateli polskich narodowości żydowskiej. Dane te już wtedy budziły wątpliwości, np. Stefan Kisielewski w swoim dzienniku zanotował: Liczba 5264 Żydów, co wyjechali, to chyba tylko "głowy rodzin" - w istocie wyjechało chyba z 15000 (S. Kisielewski, "Dzienniki", Warszawa 1996, s. 242). I rzeczywiście, na ok. 15 tys. szacują tę emigrację badacze mający dziś dostęp do archiwów dawnego MSW. Trzeba też pamiętać, że emigracja nie skończyła się 1969 r., lecz trwała także w następnych kilku latach, choć na znacznie mniejszą skalę.
Trzecia fala emigracji
Warto te szacunki porównać z innymi, dotyczącymi wyjazdów do Izraela w pierwszych latach po wojnie i zaraz po 1956 r. Ta pierwsza fala wyjazdów, szczególnie intensywna po wypadkach kieleckich z lipca 1946 r., objęła większość ocalałej z lat wojny społeczności żydowskiej w Polsce - z pewnością ponad 100 tys. osób. Ta druga, mająca związek z przemianami politycznymi 1956 r., wynosiła ok. 50 tys. osób. Warto przy tym dodać, że w okresie drugiej fali emigracji, 23 stycznia 1958 r. Rada Państwa PRL przyjęła uchwałę w sprawie zezwolenia na zmianę obywatelstwa polskiego osobom wyjeżdżającym na stały pobyt do Państwa Izrael. Obowiązywała ona aż do 1984 r. i to na jej podstawie opuszczali Polskę emigranci marcowi.
Porównanie skali wyjazdów z lat 40., 50. i końca 60. musi prowadzić do wniosku, że ta ostatnia fala emigracji była najmniejsza i z pewnością nie obejmowała Żydów autentycznie przywiązanych do idei państwa żydowskiego, czyli prawdziwych syjonistów. Ci bowiem wyjeżdżali do Palestyny zaraz po wojnie, a najdalej do końca lat 50., gdy w PRL nie było już możliwości kontynuowania żydowskiego życia politycznego, społecznego i religijnego. Odmienność emigracji marcowej potwierdza zresztą fakt, że Izrael był dla niej w większości jedynie pretekstem do wyjazdu: w rzeczywistości udała się tam zaledwie 1/4 opuszczających Polskę, reszta zaś wybrała życie na Zachodzie - w Szwecji, Danii, Niemczech, Francji, Austrii czy Stanach Zjednoczonych.
Emigracja po 1968 r. różniła się od dwóch poprzednich także strukturą społeczną. Tamte obejmowały dosyć duże - jak na warunki powojenne - społeczności żydowskie, w których przeważał element drobnomieszczański, rzemieślniczy, robotniczy, czyli w większości niewykształcony. Natomiast emigranci marcowi to w ogromnej części inteligencja: kilka tysięcy osób z wyższym wykształceniem, ok. tysiąca studentów, a i wśród tych, którzy nie mieli dyplomów, bardzo wielu urzędników itp. Była to więc - jak słusznie stwierdził Jerzy Eisler - emigracja inteligencka. Badacz ten zapędził się jednak nieco, dodając: Za sprawą tej fali emigracyjnej ogromne straty poniosła również polska kultura (J. Eisler, "Polski rok 1968", Warszawa 2006, s. 131). Bo co w rzeczywistości oznaczał wyjazd tych kilkunastu tysięcy osób?
Na to pytanie można rzetelnie odpowiedzieć jedynie po całościowej analizie owej grupy. Takiej analizy jak dotąd nikt nie przeprowadził, ba, nie dysponujemy nawet pełną listą tych, którzy wówczas opuścili Polskę. W tej sytuacji najpełniejszym źródłem są rejestry osób składających wnioski o wyjazd do Izraela w latach 1968-1969, pochodzące z archiwum dawnego MSW. W 1992 r. opublikował je na łamach miesięcznika "Literatura" nieżyjący już historyk Jerzy Poksiński. Obejmują one jednak tylko pewne kategorie wyjeżdżających: pracowników prasy i wydawnictwo oraz literatów (łącznie 200 nazwisk), pracowników radia i telewizji (61), przedsiębiorstw filmowych (26), uczelni (216), Polskiej Akademii Nauk (13), instytutów i zakładów naukowo-badawczych (188), administracji państwowej (220), aparatu partyjnego (4), Ministerstwa Obrony Narodowej (16), Ministerstwa Spraw Zagranicznych (21), Ministerstwa Sprawiedliwości i prokuratury (28), wreszcie SB i MO (166).
W sumie jest to ponad 1100 nazwisk wraz z podstawowymi danymi: rokiem urodzenia, miejscem zamieszkania, zawodem oraz stanowiskiem i miejscem pracy. To już bardzo dużo, ale jeszcze stanowczo za mało, by zrozumieć strukturę - a za nią i przyczyny - marcowej emigracji. Należałoby bowiem prześledzić drogi życiowe, a zwłaszcza przynależność partyjną wyjeżdżających i funkcje pełnione przez nich po 1944 r. Aby lepiej uzmysłowić sobie tę konieczność, spróbujmy prześledzić biografie niektórych emigrantów.
Lista "inteligentów"
Spójrzmy na listę dziennikarzy i literatów, idąc alfabetycznie. Oto Andrzej Berkowicz z młodzieżowego tygodnika "Dookoła Świata", wcześniej pracujący w "Nowej Wsi" i "Po Prostu". Był synem Oskara Berkowicza, przed wojną sekretarza Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy we Lwowie oraz szefa Wydziału Wojskowego tej partii (czyli ekspozytury sowieckiego wywiadu). Oto Zygmunt Braude, występujący na liście jako redaktor, dawny działacz KPP, w latach 1944-1952 kierujący Biurem Prawnym resortu bezpieczeństwa oraz gabinetem ministra Radkiewicza, gdzie dosłużył się stopnia podpułkownika.
Oto Józef Gruber, którego najlepiej scharakteryzowała jego córka, Wanda Rapaczyńska, do niedawna szefowa spółki Agora: Tata pochodził ze Stanisławowa. Przed wojną mieszkał we Lwowie. Zajmował się głównie robieniem rewolucji i siedzeniem w więzieniu, był bardzo ideowy. Kiedy weszli Niemcy do Lwowa, gonił za Armią Czerwoną, bo chciał się do niej zaciągnąć, żeby walczyć z Niemcami. I wylądował w kołchozie na Uralu, a potem obok Taszkientu. (...) Rodzice poznali się w 1945 roku w Saratowie. Mama po amnestii dla Polaków pracowała najpierw w delegaturze rządu londyńskiego w Krasnojarsku, a po jej zlikwidowaniu w Związku Patriotów Polskich. Tata w ZPP. (...) Ojciec był dyrektorem Polskiego Wydawnictwa Ekonomicznego, mama w Książce i Wiedzy prowadziła redakcję gospodarczą. I na zasadzie urawniłowki oboje w 1968 roku stracili pracę ("Gazeta Wyborcza", 24-26.12.2007 r.).
Oto Filip Istner, ujęty na liście jako starszy redaktor w Polskiej Agencji Informacyjnej "Interpress". Przed wojną związany z komunistycznymi młodzieżówkami, po powrocie z ZSRR w 1946 r. ważna postać w Polskim Radiu, m.in. kierował programem "Muzyka i Aktualności". Z radia i z partii usunięty w 1956 r. za tzw. działalność rewizjonistyczną. Oto Krystyna Obozowicz, redaktor naczelna pisma "Żyjmy Dłużej", w latach 50. wiceszefowa "Sztandaru Młodych". Jej bratem był Józef Światło, sławny wiceszef X Departamentu MBP, który w 1953 r. uciekł na Zachód. Oto Arnold Słucki, poeta, publicysta, były żołnierz Armii Czerwonej i redaktor dywizyjnej gazety w armii Berlinga, potem jeden z czołowych oraz propagatorów socrealizmu. Jak stwierdził autor jego biogramu w "Polskim Słowniku Biograficznym": Żarliwy wówczas aż do fanatyzmu komunista, był przy tym oderwany od rzeczywistości. Po przełomie 1956 r. pisał o rodzącym się faszyzmie i antysemityzmie w szeregach członków PZPR, pozostał jednak w partii aż do 1966 r.
Oto Jadwiga Wełykanowicz, redaktor w PAP, przed wojną działaczka KPZU, walczyła w wojnie domowej w Hiszpanii, gdzie zginął jej pierwszy mąż. Drugim był płk Henryk Toruńczyk, pierwszy szef Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego w 1945 r. Oto Edda Werfel, tłumaczka w PAI "Interpress", zaraz po wojnie wiceszefowa "Rzeczpospolitej", później tygodnika "Świat". Była żoną Romana Werfla, czołowego ideologa PPR i PZPR w okresie stalinowskim, kierującego "Głosem Ludu", "Nowymi Drogami" i krótko "Trybuną Ludu".
Warto przy tym zauważyć, że na liście emigrantów znalazło się czworo pracowników redakcji "Trybuny Ludu", trzech z "Nowych Dróg", a także dwóch autorów partyjnej "Polityki": Józef Śmietański i Antoni Gutowski. Ten ostatni był jednocześnie rencistą MSW, gdyż do 1961 r. pracował w aparacie bezpieczeństwa, gdzie doszedł do stopnia podpułkownika. Dodajmy, że na tej samej liście - jako redaktor w Wydawnictwie MON - figuruje Stefan Michnik, sędzia wojskowy z lat 50., mający na sumieniu wiele wyroków śmierci na żołnierzy podziemia i oficerów WP.
0811sie3.jpg
Znacznie krótsza lista pracowników filmu, którzy po 1968 r. opuścili Polskę, również zawiera ciekawe nazwiska. Najbardziej znany jest Aleksander Ford, powszechnie uważany za dyktatora polskiej kinematografii w okresie powojennym, reżyser "Krzyżaków", ale także "Ulicy granicznej", gdzie w sposób antypolski przedstawił tragedię Żydów w warszawskim getcie. Obok niego wyjechali z Polski Helena Lemańska, w latach 50. redaktor naczelna "Polskiej Kroniki Filmowej", oraz Władysław Forbert, główny operator tej "Kroniki" i twórca wielu propagandowych dokumentów, w czasie wojny wraz z Fordem organizator Czołówki Filmowej przy I Dywizji Piechoty w ZSRR. Opuścił kraj także Józef Krakowski, szef produkcji zespołu filmowego "Kamera", w latach 40. wiceszef Wojewódzkich Urzędów Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi, Gdańsku i Warszawie, a później dyrektor biura podróży "Orbis".
Exodus "naukowców"
Wśród ponad 400 pracowników nauki, jacy zdeklarowali chęć wyjazdu do Izraela, również znajdziemy wiele ciekawych postaci. Oto prof. Emanuel Halicz, pułkownik LWP i wykładowca Wojskowej Akademii Politycznej, wyjechał już jako cywilny historyk zajmujący się dziejami Powstania Styczniowego. Oto Juliusz Katz-Suchy, przed wojną działacz KPZU, od 1946 r. komunistyczny dyplomata, m.in. stały delegat Polski przy ONZ w Nowym Jorku i ambasador w Indiach. Był także dyrektorem Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych oraz wykładowcą historii dyplomacji i stosunków międzynarodowych na UW. Oto Karol Lapter, kolejny były aktywista KPZU, po wojnie profesor Wyższej Szkoły Nauk Społecznych przy KC PZPR, autor książki pod jednoznacznym tytułem "Pakt Piłsudski-Hitler".
Wyjeżdżali nie tylko historycy, także ekonomiści. Tacy, jak Gabriel Temkin, od 16. roku życia członek komunistycznej młodzieżówki, w czasie wojny żołnierz Armii Czerwonej, po powrocie do kraju wykładowca i wicedyrektor Dwuletniej Szkoły przy KC PZPR, później prodziekan w WSNS i doradca ekonomiczny wicepremiera PRL. Albo prof. Kazimierz Łaski, prorektor SGPiS, który - zanim rozpoczął karierę naukową - do 1950 r. był funkcjonariuszem MBP (służbę zakończył w stopniu majora). Co ciekawe, jeden z jego uczniów, Jerzy Osiatyński, w laurce z okazji 80-lecia urodzin Łaskiego (na łamach "GW" z 17.12.2001 r.) nawet się na ten temat nie zająknął, choć wspomniał, że w czasie wojny walczył on w Gwardii Ludowej.
Nazwisk takich uczonych można by wymieniać znacznie więcej. Czynią to zresztą również osoby, których nie sposób oskarżyć o jakieś antysemickie uprzedzenia. Choćby prof. Andrzej Walicki, znany historyk idei, który podpisał się pod listem popierającym apel Gołdy Tencer, tak wspominał wczesne lata 50. na wydziale rusycystyki UW: Rządy "ideologiczne" sprawowały w grupie dwie wściekłe aktywistki partyjne: niejaka Mirosława Nowakowa, działająca na wyższych szczeblach hierarchii partyjnej, dużo od nas starsza, powiązana z przedwojennymi komunistami, oraz Nelli Widerszpil, jej pomocnica, która po roku 1968 wyemigrowała na papierach "syjonistycznych". Nawiasem mówiąc, również pierwsza z tych "towarzyszek" była pochodzenia żydowskiego, wtedy jednak, przynajmniej w moim środowisku, zwracano uwagę tylko na różnice "ideologiczne" i "klasowe"; fakt żydowskiego pochodzenia obu aktywistek przedarł się do mej świadomości dopiero w związku z "antysyjonistycznymi" kampaniami lat sześćdziesiątych, wywołując rodzaj przykrego zdziwienia, iż teza o szczególnej gorliwości Żydów w stalinizacji Polski zgodna jest, niestety (co nie daje, oczywiście, podstaw do szerszych uogólnień) z moim osobistym doświadczeniem (A. Walicki, "Zniewolony umysł po latach", Warszawa 1993, s. 48).
Wyjeżdżali komuniści
Z kolei znany polonista żydowskiego pochodzenia, prof. Michał Głowiński, wspominając 1968 r. w Instytucie Badań Literackich PAN mówił: Wyjechał mój kolega Samuel Sandler, historyk literatury. Z żoną i córką. W PRL-u był mocno partyjny. Komunistą został w łódzkim getcie, miał wtedy 18 lat. W łódzkim było chyba jeszcze gorzej niż w warszawskim. Mogę go zrozumieć. (...) Bał się. W Marcu strach był wieloraki. Mój - gdybym go porównał do strachu innych - był chyba dużo mniejszy. Jeśli uczucie strachu w ogóle podlega stopniowaniu. Mój ojciec był skromnym urzędnikiem na mało płatnej posadce, moja matka zajmowała się domem, a ja wprawdzie wydałem już dwie książki, ale były to książki naukowe: o poetyce Tuwima i o przemianach powieści w XX wieku. Byłem osobą mało znaną, niepartyjną, nosiłem polskie nazwisko. Najbardziej moim zdaniem bali się komuniści pochodzenia żydowskiego z przedwojennej KPP, ci, którzy aktywnie uczestniczyli w budowaniu stalinizmu w Polsce Ludowej, i ci, którzy w PRL-u zajmowali ważne stanowiska partyjne i państwowe ("GW", 23.05.2005 r.).
To ostatnie spostrzeżenie Głowińskiego wydaje się kluczowe dla zrozumienia zjawiska marcowej emigracji. Bo wprawdzie była to emigracja inteligencka, jak twierdzi Eisler, ale objęła inteligencję szczególnego rodzaju. Niewielu było wśród niej przedstawicieli inteligencji przedwojennej, wrogo lub przynajmniej nieufnie nastawionej do komunizmu. Ta inteligencja albo zginęła w czasie wojny, albo znalazła się na emigracji, albo żyła stłamszona w PRL. Ważne posady w prasie, wydawnictwach, na uczelniach zajmowali tymczasem inteligenci z naboru komunistycznego, głównie przedwojenni KPP-owcy, a z czasem także ich dzieci. Wielu z nich zaraz po wojnie nosiło mundury wojskowe lub służyło w UB. W latach 60. niemal wszyscy byli już jednak cywilami i jako cywile wyjeżdżali z Polski.
Tak, właśnie wyjeżdżali, a nie zostali wyrzuceni lub wygnani - jak to się często dziś słyszy. Decyzja o wyjeździe należała bowiem wyłącznie do wyjeżdżającego, choć zwykle spowodowana była upokarzającymi doświadczeniami - wyrzuceniem z pracy, napiętnowaniem na zebraniu partyjnym. To prawda, że praktyki te przypominały ponure czasy stalinizmu, tyle że Polska roku 1968 znacznie różniła się od tej sprzed kilkunastu lat, gdy wyrzucanym i piętnowanym groziło więzienie albo i śmierć. Dlatego swoista marcowa martyrologia, którą tak epatują zarówno emigranci, jak i ich adwokaci w Polsce, wydaje się stanowczo przesadzona. Starych komunistów wysyłano na renty lub emerytury, a ich dzieci co najwyżej wyrzucano ze studiów, przez co zmuszeni byli do podjęcia pracy fizycznej, jak np. Marek Borowski czy Stefan Meller. Dodajmy - nie na długo, bo wkrótce po przełomie grudniowym 1970 r. nowa ekipa darowała stare grzechy i większość młodego pokolenia tej przedmarcowej elity mogła spokojnie żyć i pracować.
Członkowie KC nie wyjeżdżali...
Powtórzmy więc jeszcze raz i dobitnie: w 1968 r. nikt nie zmuszał Żydów czy też Polaków pochodzenia żydowskiego do wyjazdu. Świadczy o tym fakt, jak niewielu wyjechało byłych funkcjonariuszy partyjnych, choć w pierwszym ćwierćwieczu PRL stanowili oni znaczący odsetek aparatu PPR i PZPR. Nie wyjechał żaden członek KC, żaden kierownik wydziału KC, żaden sekretarz wojewódzki ani żaden minister (jedynie dwóch byłych wiceministrów: hutnictwa - Ignacy Borejdo i budownictwa - Fryderyk Topolski). Wyjeżdżali natomiast ludzie ze średniego i niższego szczebla władzy (w tym aparatu bezpieczeństwa i sądownictwa wojskowego), a także pracownicy nauki, kultury i mediów, czyli frontu propagandowego.
Na pewno dla wielu z nich - a zwłaszcza dla ich rodzin - opuszczenie Polski było osobistym dramatem. Ale jednocześnie stało się ogromną szansą na życie w zachodnim świecie, o czym przez cały okres PRL marzyły miliony Polaków. O tym też trzeba pamiętać, gdy słyszy się o niesprawiedliwości, jaka podobno dotknęła emigrantów z 1968 r. Bowiem to oni (albo ich rodzice) mieli niemały udział w narzuceniu Polsce systemu, który odbierał wolność, własność i godność nie tylko Żydom, ale wszystkim obywatelom. Nie-Żydom nawet w większym stopniu i to przez całe 45 lat.
Trafnie spuentował to Stefan Kisielewski, cytując zasłyszany wówczas dowcip: W ogrodzie szkolnym siedzi Aronek, rozkoszując się słońcem, zielenią, śpiewem ptaków. - Aronek, czemu ty nie jesteś w klasie? - pyta przechodzący dyrektor. - Bo logiki nie ma, panie dyrektorze - odpowiada Aronek. - Jak to?! - No bo ja się zesmrodziłem i pan nauczyciel wyrzucił mnie z klasy. To oni teraz siedzą w moim smrodzie, a ja odpoczywam w ogródku! ("Dzienniki", s. 278).
Paweł Siergiejczyk

       


[ Powrót do strony głównej | Prenumerata | Spis artykułów

Copyright © 1997-2008 Wydawnictwo Szaniec