T   Y   G   O   D   N   I   K    
N A S Z A         P O L S K A
    ISSN 1425-1914     Indeks 332453     NR 03 (624)     16 stycznia 2008  
    
        

Wielkoprzemysłowe fermy trzody chlewnej pod lupą NIK
Wielki odór
Najwyższa Izba Kontroli oceniła nadzór organów administracji rządowej nad funkcjonowaniem wielkoprzemysłowych ferm trzody chlewnej, wtedy, gdy już rzeka gnojowicy zalała znaczną część kraju, zwłaszcza tereny północno-zachodniej Polski. W woj. pomorskim udział zwierząt utrzymywanych w takich obiektach przekracza już 46 proc. Kilkanaście lat temu, w wielu miejscowościach wymienionego województwa można było liczyć na wspaniały odpoczynek w zdrowym klimacie, teraz, gdy byłe państwowe gospodarstwa rolne przekształcono w monstrualne fermy trzody chlewnej nie może być o tym mowy. Kto tam się wybiera, lepiej, żeby zatrzymał się kilometr od bajor gnojowicy, bo nad nimi unoszą się wirusy, bakterie i grzyby; to nie tylko paskudny zapach!
Kichanie na przepisy
Jedna z ferm ulokowała się w otulinie Drawieńskiego Parku Narodowego, w sąsiedztwie rzeki Drawy, w obszarze chronionego krajobrazu. Dawne PGR-y poza żywcem wieprzowym produkują teraz ogromne ilości płynnych nawozów naturalnych, którym sprzyja bezściołowe utrzymywanie zwierząt. Prawo unijne i krajowe zobowiązuje do określonych zachowań przy rolniczym zagospodarowaniu takich nawozów. Firma hodująca ponad 2 tys. sztuk świń musi się ubiegać o tzw. zintegrowane pozwolenia (IPPC od Integrated Pollution Prevention and Control) w celu zapobiegania nadmiernemu zanieczyszczeniu środowiska.
W Polsce na te przepisy - wykazał NIK w raporcie - po prostu serdecznie się kicha. Raport Izby jednak dziwnie jakoś nie wymienił (a chyba powinien, przynajmniej kilka razy) największego truciciela, którym jest od - ładnych kilku lat, dewastując i degradując trwale polskie środowisko naturalne - amerykańskiej firmy Shmithfield Foods. To największy na świecie koncern tuczu trzody i przetworów wieprzowych. SF zagospodarował wiele popegeerowskich chlewów, potężnie je rozbudowując. Już od dawna kontroluje były konglomerat rolniczy Animex, działając poprzez tę firmę i zależnych od niej podwykonawców. Należy pamiętać: Animex to jest dzisiaj Smithfield! Na marginesie: zanim SF przejął Animex, polski rząd zainwestował w oferowaną Amerykanom firmę, miliony dolarów pochodzących z kredytu udzielonego przez Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju. Na pytanie "Naszej Polski", dlaczego nazwa Shmithfield Foods nie pada w raporcie NIK przynajmniej parokrotnie, a także nie pada w nim nazwisko Henryka Stokłosy, również chlewnego truciciela, w Izbie odpowiedziano, że nie o to w przedstawionym raporcie chodzi, ale o jądro sprawy. Jest nim wzmożenie nadzoru nad wielkoprzemysłowymi fermami trzody chlewnej.
Ile tego - nikt nie policzył
NIK po przebadaniu 64 jednostek ministerialnych (resortu rolnictwa, ochrony środowiska), weterynaryjnych, stacji sanitarno-epidemiologicznych i inspektoratów stwierdził, że nadzór organów administracji rządowej nad funkcjonowaniem wielkoprzemysłowych ferm trzody, m.in. w zakresie przestrzegania przepisów ochrony środowiska i właściwego zagospodarowania nawozów jest niewystarczający i nieskuteczny. Co tu dużo mówić, trudno o skuteczny nadzór, jeśli się nie wie, ile takich wielkoprzemysłowych świńskich ferm u nas w kraju w ogóle jest! Ministerstwom (rolnictwa, środowiska), inspektoratom weterynaryjnych i stacjom sanitarno-epidemiologiczne nie udało się ich zliczyć, takie to dla nich trudne zadanie, a NIK nie jest przecież od tego, wyjaśniono nam w Izbie.
Nie sposób, więc tym bardziej o precyzyjne określenie substancji zapachowych w powietrzu, tym bardziej że nie ma metod oceny takiego powietrza, czytamy w raporcie. Można podpowiedzieć, nie popełniając większego błędu, że w miejscowościach, w których na nieszczęście dla ich mieszkańców zainstalowały się megafermy świńskie, po prostu śmierdzi, jak nieszczęście, a instrumentem oceny (o ile nie ma lepszego), może być ludzki nos.
Wielkoprzemysłowe fermy tuczu nie pozwalają tysiącom ludzi, normalnie żyć, wpędzają w choroby. Nad źle zabezpieczonymi lagunami gnojowic unosi się siarkowodór, amoniak, dwutlenek węgla. Świnie w takich fermach egzystują w potwornych warunkach, nie mogą się ruszyć, niekiedy leżą odrutowane (maciory), nie mają dostępu do światła słonecznego, mają rodzić, karmić żreć i tyć. Kwiczą okropnie i przeraźliwie rzężą przed zgonem, bo wiele z tych świń pada - to są odgłosy chyba gorsze od piekielnych.
Brak planów, brak kontroli
Czy mamy do czynienia z fermą wielkoprzemysłową, czy nie definicji jeszcze nie ma, nie tylko w Polsce, ale w całej Unii Europejskiej. Owe ponad 2 tys. sztuk zwierząt przyjmuje się bez definicji, uściślając, też bez definicji, że te sztuki powinny ważyć po 35 kg. Za fermę wysoko przemysłową uważana jest także taka, w której jest 750 macior. Wielkoprzemysłowe fermy zgodnie z art. 11 a ust.1 ustawy o nawozach i nawożeniu obowiązuje posiadanie planów nawożenia zaopiniowanych przez okręgowe stacje chemiczno-rolnicze. Zgodnie z nimi, na użytkach rolnych posiadanych przez fermy powinno zostać zagospodarowane, co najmniej 70 proc. gnojówki i gnojowicy, tylko 30 proc. gnojowicy fermy mogą zbyć i to na podstawie umowy zawartej pisemnie, pod rygorem nieważności.
Nawozów naturalnych nie można wylewać na pola zbyt wiele, żeby nie przekroczyć dopuszczalnej ilości azotu, które się w nich znajdują (norma 170 kg na ha). Nie przekroczenie tego poziomu nawożenia jest jednym z warunków otrzymania płatności ze środków sektorowego Programu Operacyjnego. Ale jak rzeczywiście jest - nie ma pełnej informacji, bo nie wszystkie fermy zostały skontrolowane. W znacznej ilości ferm NIK wykrył brak planów nawożenia, uwzględniających zagospodarowanie nawozów naturalnych i jednocześnie brak kontroli nad instalacjami wymagającymi pozwolenia zintegrowanego.
Ziemia się broni
Nadmiernie szafowano na polach gnojowicą w woj. wielkopolskim, ale winnych nie ma, chociaż są... Burmistrz Międzychodu sugerował, że zanieczyszcza ferma w Miłostowie, kiedy zobaczył, że w korycie rowu nie płynie woda, ale śmierdząca ciecz o zapachu gnojówki... można stanowczo stwierdzić, że przyległe grunty do fermy są już tak nią nasycone, że nie przyjmują już więcej, a gnojówka dalej jest rozprowadzana. To ciekawe, winny nie został ukarany, ponieważ kontrola została przeprowadzona zbyt późno (kilka miesięcy po przesłaniu alarmistycznych sygnałów do Wojewódzkiego Inspektora Ochrony Środowiska w Poznaniu), i nie można było ustalić, kto zbyt obficie na pola gnojowicę spuszczał.
Główny lekarz weterynarii nie spełnia nałożonych na niego zadań, m.in. nie organizuje systematycznego przepływu informacji pomiędzy powiatowymi i wojewódzkimi lekarzami weterynarii i swoim urzędem. Nic dziwnego, że w tej sytuacji GLW nie posiadał pełnej bieżącej informacji, co się w wysoko przemysłowych fermach trzody chlewnej dzieje. Kontrola NIK wykazała, że czynności nadzorcze urzędowego lekarza weterynarii, np. w fermie w Piotrkowie Trybunalskim, sprawował lekarz nie mający stosownego upoważnienia. W ocenie kontrolerów Izby, nadzór Państwowej Inspekcji Sanitarnej nad wielkoprzemysłowymi fermami był prowadzony niedbale. W powiatach szczecinieckim i inowrocławskim państwowi powiatowi inspektorzy sanitarni nie objęli kontrolą 5 wielkoprzemysłowych ferm, zadowolili się nadzorowaniem tylko trzech. Coś tu nie gra, coś - poza gnojowicą - brzydko pachnie.
Wiesława Mazur
----------------
Kronika wyprzedaży Polski (252)
My już wam pokażemy!
Adam Małysz, fruwał w Trondheim - w Planicy za zdobycie Pucharu Świata odbierał Wielką Kryształową Kulę. Minister zdrowia, Mariusz Łapiński obiecywał "ja wam jeszcze pokażę", (że w służbie zdrowia będzie lepiej). Poseł Platformy Obywatelskiej (wcześniej Unii Wolności) Janusz Lewandowski wytykał Wiesławowi Kaczmarkowi, ministrowi skarbu: twój urobek ograniczył się do sprzedaży 85 proc. PZL Rzeszów za 70 mln zł Amerykanom. Na przedwiośniu w 2002 r. Polacy mieli radość z Małysza, z niepokojem wyczekiwali na realizację obietnic Łapińskiego (SLD), nie wiedzieli, co myśleć o uwagach Lewandowskiego, bo przecież Kaczmarek zaklinał się, że nie zatrzyma prywatyzacji i nie wiedział, czego właściwie PO od SLD chce? Główny Urząd Statystyczny podał, że produkt krajowy brutto w ostatnim kwartale ub. roku zwiększył się tylko o 0,3 proc., do drzwi pukała recesja, w gospodarce działo się, źle. - Dekada prywatyzacji już za nami, a minister skarbu wciąż kontroluje ponad 2 tys. przedsiębiorstw - ciągnął Lewandowski. Minister skarbu ma ciągle mnóstwo składników mienia od gruntów, kopalni, po dobra kultury - po co mu to? Zarządza rozległym państwowym imperium - toż to prawdziwe nieszczęście. Emil Wąsacz, ten to prywatyzował!
***
Prześledźmy, jak kształtowały się wpływy z prywatyzacji do chwili, kiedy ministrem "od sprzedaży mienia publicznego" po raz drugi został Kaczmarek. Należy zacząć od 1991 r., kiedy wszystko się zaczęło. W 1991 r. z prywatyzacji uzyskano 170 mld zł, w 1992 r. 309 mld, w roku następnym - 440 mld zł, w 1994 r. już 847 mld, w 1995 r. mieliśmy skok do poziomu 1722 mld. W 1995 r. ze sprzedaży majątku narodowego wyciągnięto 1959 mld zł, rok następny przyniósł 6636 mld zł. 1998 r. - 7069 mld, no i wychwalany rekord Wąsacza w 1999 r. wpływy z prywatyzacji wyniosły aż 13343 mld zł. W roku 2000 prywatyzacja przyniosła 9200 mld zł, w 2001 r. - 6491 mld. Szefami Ministerstwa Przekształceń Własnościowych, które potem zmieniło nazwę na Ministerstwo Skarbu Państwa kolejno byli: od kwietnia 1990 r. do lutego 1991 r. - Waldemar Kuczyński, po nim pałeczkę przejął po raz pierwszy Janusz Lewandowski, stał na czele MPWł od stycznia 1991 r. do grudnia. Następnie do resortu przyszedł Tomasz Gruszecki, zupełnie niepodobny z tego, co zamierzał robić, do na wskroś liberalnych poprzedników. Kierował ministerstwem od grudnia 1991 r. do lipca 1992 r. Zaraz potem ministrem przekształceń ponownie został Janusz Lewandowski i był nim od lipca 1992 r. do października 1993 r. Pierwsze wejście Wiesława Kaczmarka do resortu, który zmieniał nazwę na Ministerstwo Skarbu Pastwa, nastąpiło w październiku 1993 r., stanowiskiem cieszył się do września 1996 r. Po Kaczmarku w resorcie powitano Mirosława Pietrewicza, który kierował ministerstwem skarbu od października 1996 r. do października 1997 r., nie wadząc nikomu. Dynamicznym nad wyraz człowiekiem okazał się minister Wąsacz, piastował stanowisko od października 1997 r. do sierpnia 2000 r. Po nim w resorcie skarbu próbował rządzić Andrzej Chronowski - był ministrem od sierpnia 2000 r., do lutego roku następnego, kiedy zastąpiła go Aldona Kamela Sowińska, stanowisko musiała oddać, wraz z utratą władzy przez AWS. Od października 2001 r. w Ministerstwie Skarbu Państwa rozpoczął swoje drugie panowanie Wiesław Kaczmarek. Nad głową miał premiera Leszka Millera (SLD) z jednej strony i prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego z drugiej.
***
Premiera Millera bardzo nie lubiła spora grupa ludzi z jego własnej partii i prezydent wywodzący się z lewicy. Nie lubiła go zawsze ciążąca ku lewicy Unia Wolności, rozłamana z inicjatywy Andrzeja Olechowskiego wtedy, kiedy skarlała i już nic nie mogła. Z części UW, a także z części członków AWS, jak pamiętamy, Olechowski utworzył PO, dobierając sobie Donalda Tuska (UW) i Macieja Płażyńskiego (AWS). Minister skarbu nie wiedział, kto właściwie jest jego panem, może jednak nie Miller, a Kwaśniewski? - zastanawiał się, a rozdwojenie nie popłaca, więc stawiany był pod pręgierz przez Lewandowskiego, któremu na pewno Kwaśniewski był bliższy niż Miller. Sytuacja polityczna i gospodarcza była skomplikowana, ministra też. Poseł Lewandowski przywoływał za przykład dobrego działania Wąsacza, co bardzo Kaczmarka denerwowało. Nękał ministra, że zaledwie 6700 mld zł w 2002 r. wpływów z prywatyzacji spowoduje zwiększone potrzeby pożyczkowe państwa na sfinansowanie deficytu budżetowego. Rządzie Millera opamiętaj się - zwracał się w mediach do rządzących w twardych słowach, przećwiczonym, cichym głosem kogoś, kogo można bez trudu zdeptać, podczas gdy w rzeczywistości był jak stal. Usiłował wytłumaczyć Polakom, że prywatyzacja nie jest wcale wyprzedażą majątku narodowego za bezcen i że rząd Millera jest odpowiedzialny za jej przyspieszenie, bo tylko w ten sposób można zmodernizować przemysł i poprawić konkurencyjność polskiego potencjału produkcyjnego (za to, czy tak się stanie rząd Millera jest odpowiedzialny przed Bogiem i historią - podkreślał).
***
Dlaczego do tej pory nie została sprywatyzowana Rafineria Gdańska? - pytał poseł PO. Dlaczego nie zostały sprywatyzowane Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne? Minęło już pierwsze półrocze nowego rządu - nic nie robicie... Ależ szykujemy się do sprzedaży i to do takich, o których poprzednicy nawet nie marzyli - mógł odpowiedzieć Kaczmarek, ale zajęty był bojem z Eureko, domagającym się twardo Powszechnego Zakładu Ubezpieczeń. Złożono właśnie wniosek o rejestrację Polskich Hut Stali. W skład koncernu weszły największe i najlepsze polskie huty: Sendzimira, Katowice, Florian, Cedler. Kaczmarek zaproponował, żeby do PHS "skarb" wniósł 85 proc. akcji tych hut, które wyceniono na 916 mln zł. W ministerstwie namyślano się, kto zostanie inwestorem skonsolidowanych w PHS zakładów. Oferty na początek złożyły konsorcja Eurostat i Ipstat. Rząd ruszy też z prywatyzacją górnictwa - zapewniał Kaczmarek - szykujemy zaproszenie do składania ofert w sprawie prywatyzacji kopalni Bogdanka. Grupa kapitałowa Lubelski Węgiel - Bogdanka wypracowała w 2001 r. zysk w wysokości 72 mln zł. To był najlepszy wynik w górnictwie. Drugą w rankingu zyskowności była kopalnia Budryk, ale wypracowała zysk o wiele mniejszy. W Budryku obawiano się, że i oni zostaną sprywatyzowani. Wprawdzie z prywatyzacji Bogdanki wycofał się Credit Suisse First Boston - może dlatego, że chciał zbić cenę, ale został Zbigniew Jakubas, który handlował wodą Multivita i został wydawcą "Życia Warszawy".
Wiesława Mazur

       


[ Powrót do strony głównej | Prenumerata | Spis artykułów

Copyright © 1997-2008 Wydawnictwo Szaniec