|
Rynek nie zdecyduje o zdrowiu
Ze Zbigniewem Religą, ministrem zdrowia w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego, rozmawia Kaja Bogomilska
- Na posiedzeniu rządu 8 bm. minister zdrowia Ewa Kopacz miała przedstawić pięć projektów ustaw zdrowotnych. Tymczasem bez podania przyczyn posiedzenie nie odbyło się. A potem do spotkania doszło. Jak Pan zareagował na ten incydent bez precedensu, pierwszy od 1989 r.?
- Byłem w pełni zaskoczony. Zdarza się, że premier jest nieobecny, zajęty równie ważnymi sprawami, ale przecież po to są wicepremierzy, żeby go zastąpić. Cały dzień pojawiały się plotki, że jednak posiedzenie się odbędzie tylko w innym terminie. W końcu okazało się, że ministrowie obradowali, tylko że nieformalnie. Chodziło o to, żeby proponowane ustawy trafiły pod obrady parlamentu jako projekty poselskie. Całe to krętactwo budzi zdziwienie i niesmak. Czekam na te ustawy. W systemie opieki zdrowotnej mieliśmy, mamy i będziemy długo jeszcze mieć wiele problemów. Nigdy nie ukrywałem, że na ich rozwiązanie potrzeba czasu. Mówiłem o siedmiu latach, narażając się na kpiny. Minister Kopacz deklaruje - cztery.
- Czyli chce być szybsza od ministra zdrowia z rządu PiS...
- Raczej chce sprawiać wrażenie, że jest szybsza. Przecież my przez dwa lata pracowaliśmy, w sumie więc będzie to ten sam czas, o którym mówię. To ogromny błąd, gdy minister zdrowia wszystko chce skoncentrować wokół własnej osoby i działalności. Tak się nie postępuje. Myślenie musi być inne. Sprawy, które wcześniej były zaczęte, trzeba kontynuować. Takie są światowe standardy.
- Co może Pan powiedzieć o przygotowanym projekcie?
- Do tej pory mówi się o hasłach, a nie o projektach wyjętych żywcem z mojego programu. Cieszę się z tego, ale istotą rzeczy są konkretne rozwiązania, które za tymi hasłami pójdą. Jeżeli na przykład koszyk świadczeń medycznych ma być - jak wynika z zapowiedzi - wyłącznie "negatywny", czyli będzie zawierał opis procedur, których ubezpieczony w publicznej służbie zdrowia nie otrzyma, to będzie to złe.
- Dlaczego?
- Po pierwsze, w koszyku pozytywnym, czyli obejmującym świadczenia gwarantowane dla każdego ubezpieczonego obywatela, możemy dokładnie wyliczyć koszty procedur: nie znając tego, nie znamy rzeczywistych potrzeb finansowych. Przy koszyku pozytywnym, który przygotowywaliśmy, pracowała rzesza wybitnych fachowców z różnych dziedzin medycyny. Ci wybitni specjaliści do koszyka brali tylko te procedury, które są skuteczne i uzasadnione z punktu widzenia medycyny. Pozbywamy się więc bubli. Jeżeli tego nie zrobimy, a procedura nie znajdzie się w koszyku negatywnym, lekarz będzie mógł ją stosować ze szkodą dla pacjenta. To jest ogromna pozytywna wartość tego koszyka, więc żałuję, że ma go nie być. W czerwcu zapowiedziałem projekt ustawy wprowadzającej ten koszyk, w grudniu byłby on gotowy. Czas był potrzebny do uczciwego wycenienia każdej procedury. W Polsce do tej pory było tak, że mimo iż obowiązywało zarządzenie ministra zdrowia zobowiązujące dyrektorów szpitali do ścisłego wyliczenia procedur, takie obliczenia nigdy nie były robione. W związku z tym na moje polecenie Agencja Rozwoju Technologii Medycznych w czerwcu zawarła umowy z dyrektorami placówek medycznych różnych placówek i rozpoczęło się wyliczanie kosztów procedur. Po wyborach przestałem nad tym panować, bo przestałem być ministrem zdrowia.
- Wszystko było więc tak zaawansowane, że Pana następczyni mogła tę pracę kontynuować?
- Wydaje mi się, że wielkość człowieka polega na tym, iż potrafi korzystać z pracy wykonanej przez innych ludzi wcześniej. Jeżeli zaś ktoś się całkowicie odcina od tego, co zrobił Religia, czytaj PiS... Pani Kopacz w czambuł potępia wszystko, co żeśmy zrobili. To wzbudza we mnie niesmak.
- Przygotowywany przez Pana projekt ustawy o sieci szpitali nie ujrzał nawet światła dziennego w Sejmie?
- Ponieważ zablokowała go ówczesna przewodnicząca sejmowej Komisji Zdrowia i dzisiejsza minister tego resortu. Będę w dalszym ciągu walczył o tę ustawę, bo umożliwia ona unowocześnienie szpitali i doprowadzenie ich struktur do tego, co rzeczywiście jest potrzebne. Została sporządzona specjalna mapa, z której wynikało, w jakich regionach dostęp do lekarzy określonych specjalności jest utrudniony, a gdzie jest ich za dużo. Można było dostosować konstrukcję szpitali do rzeczywistych potrzeb ludzi. Żałuję, że tak się nie stało.
- Czy spotkał się Pan z krytyką tego pomysłu?
- Platforma mówiła: zostawmy to, niech rynek zweryfikuje. Jeżeli tak, to nie mówmy, że samorządy mają odpowiadać za opiekę zdrowotną na swoim terenie, że jest potrzebny minister zdrowia, że państwo bierze odpowiedzialność za zdrowie. Niech wszystko zweryfikuje rynek! Tyle że rynek może weryfikować zakup bułek, kiełbasy, ziemniaków, natomiast w żadnym cywilizowanym kraju nie jest tak, że o wszystkim w opiece zdrowotnej decyduje rynek. To jest bzdura.
- Z początkiem roku lekarze musieli dostosować swój czas pracy do wymogów unijnych. Skąd zaskoczenie? Czy Pan nie był na to przygotowany?
- Ustawa była przedstawiona w końcu ubiegłego roku i przegłosowana przez wszystkich posłów PO, w tym także przez obecną minister zdrowia. Zdawaliśmy sobie sprawę, że aby lekarze godzili się na pracę poza określonym wymiarem godzin, muszą znaleźć się na to pieniądze. Przygotowaliśmy więc ustawę, która dawała dodatkowy zastrzyk finansowy w postaci przekazania połowy składki Funduszu Pracy do Narodowego Funduszu Zdrowia. Pierwsze, co nowy rząd zrobił, to odrzucił tę propozycję. Znów muszę powtórzyć: nie rozumiem. Trudną sytuację, z którą w związku z tym mamy do czynienia, rząd zafundował sobie na własne życzenie.
- Rząd PiS prowadził rozmowy o podwyżkach płac zarówno z lekarzami, jak i z pielęgniarkami. Tymczasem teraz okazało się, że te ostatnie bez strajku nie mogą liczyć na żadne podwyżki.
- Minister Kopacz przerzuca problem na dyrekcje szpitali, w żaden sposób nie czując się odpowiedzialna za jego rozwiązanie. To budzi moje kolejne zdziwienie. Po prostu nie rozumiem, jak minister zdrowia może tak postępować.
- Co rządowi PiS udało się zrobić w sprawie naprawy sytuacji w służbie zdrowia w trakcie skróconej kadencji?
- Jak wiadomo, przez wiele lat ustawa o ratownictwie medycznym była ustawą pustą. Żaden rząd nie miał odwagi, żeby ją wprowadzić, bo chodziło o system finansowania opieki medycznej. My napisaliśmy nową ustawę nawiązującą do tego, jak ten problem rozwiązany jest w rozwiniętych krajach zachodnich, zachodnich, a z budżetu państwa wreszcie poszły pieniądze na ten cel. Podnieśliśmy składkę, którą płaciło państwo na ubezpieczenia zdrowotne dla bezrobotnych i rolników. Doprowadziliśmy do sytuacji istniejącej w całej Europie, że za leczenie ofiar wypadków samochodowych płacą firmy ubezpieczeniowe. Znaleźliśmy więc trzy dodatkowe źródła finansowania opieki zdrowotnej.
Wzmacniając ustawowo rolę ratowników medycznych, przeprowadziliśmy szkolenia w zakresie ratowania na szeroka skalę - nawet w przedszkolach i szkołach podstawowych.
Wprowadziliśmy ponad 20 ustaw do Sejmu, w tym dopiero teraz procesowaną, a bardzo ważną ustawę o przemyśle farmaceutycznym. Nie zapominajmy też, że tak wysokiej podwyżki, zgadzam się, że niewystarczającej, jeśli chodzi o ambicję ludzi, nikt w służbie zdrowia nie przeprowadził. Zostawiliśmy w Sejmie wiele ustaw, z których nowy rząd mógłby skorzystać.
- Tyle że jest to ostatnia rzecz, którą gabinet Donalda Tuska chciałby zrobić...
- Najważniejszą rzeczą dla tego rządu, ważniejszą niestety od naprawy opieki zdrowotnej jest zniszczenie PiS. Z przerażeniem obserwuję bezsensowne oskarżenia, chociażby te ostatnie dotyczące rzekomych nadmiernych wydatków reprezentacyjnych prezydenta Lecha Kaczyńskiego z czasów, gdy zarządzał on stolicą. Dla mnie to rzecz skandaliczna, a koszty te, w porównaniu z kwotami wydawanymi na takie cele w innych wcale nie bogatszych od nas krajach, są śmieszne. Jeśli przyjmuje się delegację zagraniczną, nie można gościom podać suchej kajzerki i szklanki odtłuszczonego mleka. Mam wrażenie, że cała energia rządu koncentruje się na tym, aby "dokopać PiS-owi". Na właściwe rządzenie czasu już nie starcza. Widzę to całkowicie obiektywnie, bo przecież nie jestem członkiem PiS, chociaż identyfikuję się z tym ugrupowaniem.
- Pański klub złożył do laski marszałkowskiej projekt podwyższenia składki zdrowotnej. Nie obawia się Pan, że większość parlamentarna odrzuci tę ustawę ze względu na jej autorstwo?
- Może się tak zdarzyć, ale to nie zwalnia nas z obowiązku działania. A może też się okazać, że część posłów Platformy i PSL pomyśli: no, nie dajmy się zwariować, to jest dobre, wiec trzeba to poprzeć. Liczę na tego typu zachowania.
- Dziękuję za rozmowę.
|
Copyright © 1997-2008
Wydawnictwo Szaniec