|
Na straży bezprawia (cz.2)
Pod koniec lat 90. na zlecenie instytucji międzynarodowych przeprowadzono badania polskiego sądownictwa, jako respondentów dobierając trzy grupy: pracowników sądów, interesantów i ludzi przypadkowych. Na pytania, czy można przyspieszyć wejście sprawy na wokandę, 80 proc. pracowników odparła pozytywnie. Sądy rejestrujące księgi wieczyste nie rozpatrywały, jak mogłoby się wydawać naturalne, spraw w kolejności ich wpływania. A jednak panowała tu pełna dowolność. Rząd AWS próbował wprowadzić rozwiązania funkcjonujące w Europie Zachodniej, np. wywieszanie informacji, które sprawy będą w jakim czasie rozpatrywane - z wyjaśnieniem, dlaczego wyjątkowo niektóre rozpatruje się poza kolejnością: wraz z nazwiskiem sędziego, który tę kolejność ustala. Sędziowie zablokowali tę inicjatywę z oczywistych powodów. Opóźnienie wpisania własności o parę miesięcy często umożliwiała zmianę jej właściciela.
Największe skandale nie są jednak w stanie spowodować wykluczenia przez sędziów ich skompromitowanych kolegów. Osławiony sędzia Zbigniew Wielkanowski z Torunia - za sprawą SLD powołany w 1993 r. na eksperta Komisji Sprawiedliwości Senatu - został napiętnowany dzięki prasie, ale już jego kolega Leszek R. rzucił się z pięściami na reportera, który go filmował; a przed kolegium argumentował, że była to obrona konieczna. Przekonał tym kolegów, którzy ogłosili, że utrwalanie kogoś na taśmie filmowej jest zamachem na jego dobra osobiste.
Pełna magnacka buta przejawiła się 15 grudnia 2000 r. na Zgromadzeniu Ogólnym Sędziów Sądu Okręgowego w Katowicach min. Lech Kaczyński domagał się dymisji prezesa tego sądu Tadeusza Kałusowskiego, bo ten powierzył kierowanie sądem na czas swojego urlopu wiceprezesowi Andrzejowi H., którego UOP oskarżał o branie łapówek od aresztowanego przedsiębiorcy Krzysztofa P. Prezes Kałusowski obiecał ministrowi, że poda się do dymisji z końcem listopada. Potem jednak zmienił zdanie. Wtedy L. Kaczyński skierował wniosek o odwołanie K. Zgromadzenie było zamknięte dla dziennikarzy. Wniosek poparło 129 sędziów; przeciw było 206. Proszony o komentarz przez "GW" sędzia Kałusowski orzekł: - Tutaj nie chodzi o moją osobistą satysfakcję, lecz o godność i honor zawodu sędziowskiego.
Józef Raszewski dostał w 1986 r. 2,5 roku za przewożenie świni w bagażniku z napisem "ja głosuję". Skazał go sędzia Andrzej Węglowski. W 1999 r. Węglowski nadal orzekał. Po wielu staraniach doprowadził do posiedzenia sędziowskiego sądu dyscyplinarnego, ale koniec tej sprawy był w naszym feudalnym ustroju łatwy do przewidzenia: Opinia publiczna nie pozna jednak decyzji. Zgodnie z ustawą o sądach powszechnych, orzeczenie pozostaje tajne. (...) Najczęściej powtarzana informacja - podana także przez PAP - głosi, że sędziowie opowiedzieli się za pozostawieniem Węglowskiego w zawodzie. ("Życie" 16 stycznia 2001 r.).
Jest doprawdy zadziwiające, że mimo takich doświadczeń Lech Kaczyński zdecydował wówczas o pozostawieniu lustracji w gestii sądów powszechnych.
Walka z lustracją
System komunistyczny oparty był w równej mierze na nagiej przemocy, co na konfidentach, dzięki którym aparat terroru mógł stwarzać wrażenie, że "wie wszystko" w 1964 r. pisarka Anka Kowalska "cała rozdygotana" tłumaczyła Gustawowi Herlingowi-Grudzińskiemu w Neapolu, że nie można się opierać ustrojowi, bo oni wiedzą nawet to, o czym ja mówię tutaj!.
Przypomnijmy, że w momencie, gdy pojawiło się realne niebezpieczeństwo, że dojdzie do powstania Sądu Lustracyjnego - do liczby 21 sędziów, którzy ochotniczo zgłosili się - zabrakło już bowiem tylko jednego - Krajowa Rada Sądownicza zablokowała proces lustracji. KRS ogłosiła wtedy, że sędziowie nie powinni się do niej zgłaszać, gdyż sądownictwo nie jest od tego, by wyręczać polityków w rozwiązywaniu spraw politycznych. Ale ustanowienie prawa to przecież główna treść polityki i dlatego większość polityków na Zachodzie to prawnicy. Dlatego też tak prawodawstwo, jak i praktyka jego przestrzegania to najprostszy sposób opisu danego państwa. Ta jawna obrona złoczyńców rzekomo odsuniętej epoki pobudziła Piotra Skwiecińskiego do komentarza, który znakomicie pasuje antylustracyjnej histerii opozycji i środowisk m.in. prawniczych z czasów rządów PiS: Bojkot ustawy lustracyjnej jest przede wszystkim efektem specyficznego mikroklimatu panującego w sędziowskiej grupie zawodowej, któremu podlegają również ci sędziowie, którzy z PZPR czy SB nie mieli - co często znaczy: nie zdążyli mieć - nic wspólnego, ale którzy zostali przez swoje zawodowe środowisko ukształtowani. (...) Sprawa Sądu Lustracyjnego to tylko ostatni i najgłośniejszy lecz ani pierwszy, ani jedyny przykład specyficznego, milczącego strajku, powszechnej niepisanej zmowy środowisk związanych z wymiarem sprawiedliwości. To w jej efekcie te zapisy prawa, które nie zdobyły uznania autorytetów lewicowo-liberalnych po 1989 r., obowiązywały formalnie, ale de facto pozostawały martwą literą. Wątpiącym chciałbym przypomnieć los ustawy antyaborcyjnej, łamanej powszechnie i otwarcie. Aby nie być posądzony o jakieś uprzedzenie wobec tych środowisk, spieszę powiedzieć, że podobną sytuację da się zaobserwować również w niektórych innych grupach zawodowych, np. wśród dziennikarzy (...), gdzie mikroklimat formujący poglądy i zachowania młodszego pokolenia kształtują w znacznej mierze dziennikarze z lat 80. ("Życie", 8-9 listopada 1997 r.).
Niezawisłość od odpowiedzialności
Po wielu latach zaciekłego oporu "układu" w marcu 1999 r. weszła w życie ustawa o nieprzedawnianiu przypadków sędziów, którzy skazywali w procesach politycznych. Prawo działało tu wstecz, gdyż nie powołano się na żaden wcześniejszy artykuł czy to z czasów PRL, czy II Rzeczpospolitej. SLD zaskarżyło ją, twierdząc, że zaprzecza zasadzie, iż prawo nie działa wstecz. W czerwcu 1999 r. Trybunał Konstytucyjny orzekł, że niezawisłość sędziów to szczególna wartość, że aby umożliwić wymiar sprawiedliwości od sędziów, którzy się jej sprzeniewierzyli w czasach komunizmu, należy uchylić zasadę niedziałania prawa wstecz. Dzięki temu możliwe było uchwalenie ustawy, która to umożliwiała - oddając jednak sprawę w gestię samorządów sędziowskich. Czas już, by otwarcie zmierzyć się z mitologią prawa rzymskiego, które - występując w charakterze niepodważalnego odniesienia - służy jako ostateczny argument przy próbie osądzenia zbrodniarzy komunistycznych. Prawo rzymskie było nieludzkie: niewolników, a po części i chłopów, traktowało jak zwierzęta lub wręcz przedmioty. Zasady, iż nie działa wstecz nader rzadko przestrzegali najwyżsi prawodawcy: cesarze.
Trybunał Norymberski złamał sztuczny aksjomat o rzekomej przepaści, jaka dzieli przeszłość od teraźniejszości: w istocie patent na bezkarność dla każdego złoczyńcy, któremu uda się wymyślić przestępstwo, którego nie objęto w kodeksach. W 2002 r. Kalifornia przyjęła prawo, które tymczasowo wyjmuje spod reguły przedawnienia sprawy molestowania seksualnego. Zdecydowano, że w tym wypadku prawo będzie działać wstecz...
Do 25 lipca 2001 r. do sądu dyscyplinarnego przy Sądzie Najwyższym wpłynęło 47 wniosków o wszczęcie postępowania przeciw sędziom, którzy - orzekając w procesach politycznych w PRL - sprzeniewierzyli się zasadzie niezawisłości sędziowskiej. 21 lutego 2001 r. Trybunał Konstytucyjny orzekł, że ministrowie - w tym wypadku rządu SLD-PSL - mogą odpowiadać przed sądem, a nie tylko przed Trybunałem Stanu. Ale czemu w ogóle pojawiły się te wątpliwości? Przecież już 6 lat wcześniej Sąd Najwyższy, opierając się, jak twierdził, na przepisach konstytucji, orzekł ustami Lecha Gardockiego, że min. Macierewicz winien odpowiadać przed sądem za ujawnienie tajemnicy państwowej: czyli listy konfidentów. Skargę SLD można więc było rozstrzygnąć w ciągu trzech dni. Jednak zabrało to niemal rok - i czas ten pozwolił byłym ministrom dotrwać bezpiecznie do końca rządów AWS.
Krzysztof Rybiński, zdobywca tytułu najlepszego polskiego ekonomisty w roku 2000, na koniec swego niezwykle ciekawego opracowania podaje zwarty program naprawy państwa. Niestety, końcowy akapit brzmi: Skoro ten program jest tak dobry, to dlaczego nikt go nie realizuje? Dlatego, iż narusza on tak wiele interesów w bazie i nadbudowie, że do jego realizacji potrzebna jest dyktatura.
Dyktatura tymczasem ziściła się, tyle że w miękkiej, prawniczej formie. W 2000 r. Sąd Najwyższy uznał, że sędziów - 8 tys. osób - nie obowiązuje postępowanie sprawdzające przewidziane w ustawie o ochronie informacji niejawnych. W ten sposób postawił ich ponad premierem, prezydentem i posłami. W dniu 2.10.2002 r. nastąpiło zawieszenie w Polsce ustroju demokracji parlamentarnej i wprowadzenie iurokracji. Wtedy to Sąd Najwyższy z - w składzie Piotr Hofmański, Jacek Sobczak i Józef Szewczyk - uniewinnił Mariana Jurczyka, stwierdzając, że przekazane przez niego informacje były "bezwartościowe".
Rzecz w tym, że nie miał do tego rodzaju dociekań żadnych podstaw prawnych. Ustawodawców interesował tylko fakt donosów - a nie ich jakość. Bo też wyjaśniono już dostatecznie, że dla SB nie było informacji nieważnych. Nawet dysponując jedynie banalnymi, z pozoru niegroźnymi wiadomościami na temat jakiejś osoby, funkcjonariusz SB mógł je w różny sposób wykorzystać: chociażby ukazując przed nią Służbę Bezpieczeństwa jako instytucję wszechwiedzącą. Zwykła uwaga np. na temat tego, że ktoś przesiaduje z kolegami, a rzadziej z koleżankami, mogła naprowadzić SB na fakt, iż osoba ta jest homoseksualistą - i tym samym dopomóc w uzyskaniu przydatnych w szantażu materiałów lub w zorganizowaniu prowokacji.
Rzecznik interesu publicznego stwierdził krótko po tym haniebnym wyroku, że sąd przekroczył swoje kompetencje. Szok był tak duży, że kilkanaście znanych osób publicznych, m.in. Adam Strzembosz, Alicja Grześkowiak i Stanisław Iwanicki stwierdziło w oświadczeniu z 26.11.2002 r., że SN wkroczył w kompetencje władzy ustawodawczej. Działalność lustracyjną sądów powszechnych skrytykował także autor paru podręczników, były sędzia SN, prof. Andrzej Murzynowski.
Nowa władza ogłosiła swoją deklarację polityczną 26.06.2005 r. Wtedy to - potępiając publiczną krytykę paru najbardziej skandalicznych wyroków - qua-drumvirat złożony z Marka Safjana, Lecha Gardockiego, Janusza Trzcińskiego, prezesa NSA, i Andrzeja Zolla wydał oświadczenie, domagając się respektowania prawomocnych orzeczeń sądu lustracyjnego. Jednocześnie autorzy bezpośrednio zaatakowali IPN: Wytworzyła się niepokojąca sytuacja zastępowania władzy sądowniczej. Zamiast sądów werdykty wydają organy polityczne oraz instytucje naukowo-badawcze. W istocie zadekretowali, że tylko sądy mają prawo do niepodważalnego ustalania prawdy historycznej i definiowania różnych aspektów życia społeczno-politycznego.
Jak to sformułował George Orwell: - Kto kontroluje przeszłość, kontroluje teraźniejszość.
W odpowiedzi Ryszard Legutko zauważył, że historia zna całkiem sporo całkowicie prawomocnych i całkowicie błędnych wyroków: choćby w sprawie Sokratesa czy Galileusza. Mógłby też wskazać dziesiątki tysięcy takich przykładów - na znacznie bliższym chronologicznie i geograficznie obszarze.
Nie zdarza się, by sądy skazały ludzi "umocowanych" politycznie: poza PiS i LPR. Te dwie partie odbierane były przed wyborami w 2005 r. jako zagrożenie "układu" (w wypadku LPR - zważywszy na późniejsze dołączenie się do obozu antylustracyjnego i prokorupcyjnego, utworzonego przez PO, PSL i SLD - na wyrost) i w związku z tym każdy sędzia dbający o swoją karierę musi ich niszczyć. Przykładem proces Gudzowatego z Kaczyńskim, który miał wszelkie racje po swojej stronie, ale żaden sąd III RP nie ośmieliłby się przyznać mu słuszności. Jeśli odliczyć ostatni wyrok w sprawie masakry w "Wujku" i wymęczony po 8 latach wyrok na Moczulskiego, żaden człowiek związany zawodowo czy politycznie z władzami komunistycznymi nie przegrał sprawy w "wolnej" Polsce - choćby jego argumenty były żadne. Najlepszym dowodem była farsa w Gdańsku, gdzie sąd odmówił oglądu dowodów Krzysztofa Wyszkowskiego przeciw Lechowi Wałęsie. W tym wypadku naigrywanie się ze sprawiedliwości ma wymiar historyczny. Sprawa przeprowadzenia dowodu prawdy w procesach o zniesławienie to bowiem jedna z les causes celebres historii prawodawstwa. Przeforsował tę procedurę na początku XIX w. Alexander Hamilton, trzeci z najważniejszych - po Waszyngtonie i Jeffersonie - Ojców Założycieli USA: chodziło zresztą właśnie o domniemane znieważenie prezydenta. Wprowadzenie dowodu prawdy do procesów o oszczerstwo było w istocie początkiem nowoczesnego dziennikarstwa. Do tej pory autor mógł powoływać się na źródła; ale jeśli jakiś jego informator nie zechciał potwierdzić swoich słów na procesie, po prostu go ignorując - a to zdarzało się niemal zawsze - oskarżony szedł do więzienia. Dlatego dziennikarze mieli dziesiątki pseudonimów, zmieniali adresy i tytuły, ale też nierzadko przesiadywali za kratkami: ich prestiż był niemal równy "prestiżowi" zawodowych pamflecistów na zamówienie.
Po sprawie "USA przeciw Croswellowi" to sąd wzywał świadków, którzy nie mogli się nie stawić pod karą grzywny. A w przypadku odmowy zeznań dziennikarz zawsze mógł liczyć, że sąd uzna, że wątpliwości przemawiają na korzyść oskarżonego.
Pierwotny wyrok sądu w Gdańsku cofnął prawo polskie o dwa stulecia.
Dziennikarze wielokrotnie wytykali oczywiste fałsze historyczne i niedorzeczności zawarte w orzecznictwie lustracyjnym. Także ich język budził osłupienie. Niektóre uzasadnienia brzmiały tak, jakby je pisał Urban lub Passent. W jednym z nich - dotyczącym Marka Belki - znalazło się np. wysoce jurydyczne stwierdzenie: bo do tańca trzeba dwojga...
Tak wygląda w III RP powaga rzeczy osądzonej.
Znikające akta
Na początku nowego stulecia z lektury niektórych mediów zaczął się wyłaniać prawdziwy obraz sądownictwa III RP - znacznie bliższy sądownictwu Kamerunu niż kraju europejskiego. Wyszło na jaw, że Departament Sądów w Ministerstwie Sprawiedliwości wie o zaginięciu akt przynajmniej 300 spraw w polskich sądach... a w rzeczywistości takich zaginięć jest przypuszczalnie kilka tysięcy. Jest to jednak wiedza "korytarzowa", bo sądy nie orientują się w swoich zasobach i konsekwentnie Ministerstwo nie jest powiadamiane, że zniknęły akta. Tylko w sześciu warszawskich sądach - jak informowało "Wprost" z 5.11.2002 r. rejonowych brakowało w 2002 r. akt w 155 sprawach. Giną też depozyty. Np. w sądzie w Gdyni zginęło w 2001 r. z depozytu 800 tys. zł. Nieprawdopodobne i bardzo wygodne dla gangsterów wydarzenia zachodziły w domach sędziów. W Szczecinie część akt procesu gangu Marka Medweska, ps. "Oczko"... zjadł pies. Tenże mafioso przez lata cieszył się ochroną ze strony policji. We Wrocławiu akta złodziei samochodów dziecko sędziego wrzuciło do wanny... Jeden z asesorów w sądzie w Gdańsku zdołał zgubić akta 17 spraw karnych.
Ustawa o ochronie danych osobowych, której "układ" bronił jak niepodległości - nagle przestawała działać w sekretariatach sądowych. Okazało się, że dostęp do akt ma dziesiątki niepowołanych osób. Nadzór nad nimi praktycznie nie istnieje, jak stwierdził, wtedy jeszcze tylko poseł, Zbigniew Ziobro. Ciekawe, że nie zabrała głosu generalny inspektor danych osobowych Ewa Kulesza, która niemal dostała spazmów, gdy w 1998 r. ośmielono się pokazać we Wrocławiu twarze oprawców bezpieki i ich nazwiska. Wystawa doszła do skutku tylko dlatego, że organizatorzy świadomie narazili się na więzienie, gdyby ob. Kulesza podała ich do prokuratury. Cóż, gdyby wtedy miała więcej odwagi, dziś byłaby pewnie ozdobą polsatowskich Autorytetów Moralnych...
Sędziowie, na których w teorii spoczywał obowiązek pilnowania akt, z góry odżegnywali się od jakiegokolwiek śledztwa w tych skandalicznych aferach. Piotr Górecki z Poznania, gdzie zginęły akta co najmniej trzech spraw karnych, oznajmił, że najprawdopodobniej nie mamy do czynienia z działaniem celowym, a jedynie z niedbalstwem któregoś z pracowników. We Wrocławiu zginęły w 2002 r. akta czterech spraw karnych - w tym akt oskarżenia dwóch pedofilów. Sędzia Bogusław Tocicki oznajmił dziennikarzom z pełnym spokojem ducha, iż wiadomo, że akt tych nie skradziono, lecz zniknęły one w wyniku zaniedbania. Można się domyślić, że urząd skarbowy także zaniedbał w tym roku zbyt dokładnego sprawdzenia przychodów sędziego.
Sędzia kielecki Wojciech Arczyński we "Wprost" z 5 listopada 2002 r. tak podsumował sytuację: - W Polsce każdy, komu na tym zależy, może wynieść z sądu dowolną ilość akt.
W ostateczności zresztą akta można po prostu kupić od woźnej sądu - jak zrobił W. Niewiadomski ps. "Wariat" z gangu wołomińskiego: ten, przy którym, już po jego gwałtownym zgonie, znaleziono notes z prywatnym telefonami najważniejszych polityków SLD, gdy ministrem spraw wewnętrznych był Leszek Miller. O notesie tym więcej nie słyszano... Osławiony "Słowik" wymyślił coś oryginalniejszego: jego "znajoma" zatrudniła się w warszawskim Sądzie Okręgowym, wykradła pokaźną część akt jego sprawy, z zimną krwią pracowała jeszcze parę tygodni, po czym się zwolniła.
Eliminacja uczciwych
Do marca 2002 r. udało się doprowadzić zaledwie do dwóch procesów za korupcję sędziów: Włodzimierza Czaplińskiego z Częstochowy i Andrzeja Hurasa, byłego wiceprezesa Sądu Okręgowego w Katowicach. Prokuratura apelacyjna przekazała też sądowi apelacyjnemu sprawę sędzi Ewy Wronki, którą biegły sądowy Zdzisław Michalski oskarżył o żądanie stu tys. zł łapówki. Ale doniesienie złożył dopiero pół roku po fakcie, a według "Newsweeka" tłumaczy się niejasno środowiskową solidarnością. Nie ma tu jednak nic niejasnego; pan biegły wie, że tym doniesieniem złamał omertę.
I ten właśnie aspekt trzeba najmocniej podkreślić: ludzie uczciwi przez samo swoje istnienie stają się niebezpieczni dla skorumpowanego środowiska. Dlatego zniszczono Romana Kluskę: dawał on darowizny na bazylikę Św. Faustyny, a nie na prezenty dla "Prezia". Ponieważ świetnie funkcjonował - istniało realne zagrożenie, że może znaleźć naśladowców. Dlatego specjalne oddziały policji dokonały inwazji jego domu, a z więzienia mógł wyjść dopiero po wpłacie astronomicznej sumy 8 mln zł.
Andrzej Czyżewski, b. prokurator a potem wiceprezes firmy D. z Bogatyni, twierdzi, że oszustwami cen i jakości paliwa zajmuje się sieć ponad stu firm z całej Polski. W czerwcu 2000 r. złożył wraz z prezes firmy Danutą G. doniesienie do prokuratury o przestępczej działalności trzeciego wspólnika Krzysztofa Ch. Sprawę przejęła prokuratura w Zielonej Górze. Ale sędzia Małgorzata K. z Sądu Rejestrowego w Jeleniej Górze mimo dochodzenia upoważniła Krzysztofa Ch. do zwołania nadzwyczajnego zgromadzenia akcjonariuszy i wyznaczyła go na jego przewodniczącego - co zgodnie ze statutem tej spółki dawało mu prawo do rozstrzygnięcia każdej kwestii przy równowadze głosów.
Faktyczne uniewinnienie policjantów, którzy 2000 r. w gmachu sądu "stracili z oczu" konwojowanego przez siebie przestępcę, jest jednoznacznym sygnałem: chłopaki, z naszej strony nic wam nie grozi. Jeszcze wyraźniejszym sygnałem był wyrok w procesie "Donbasa", którego sąd skazał na bardzo łagodną karę, mimo że chodziło o recydywistę, który przyznał się do korumpowania sędziów. W istocie było to zaproszenie do zintensyfikowania tej praktyki.
W 2002 r. minister sprawiedliwości Grzegorz Kurczuk ogłosił: - Nie będę tolerował zachowań naruszających etykę zawodową wśród sędziów. (...) Jeśli sytuacja nie zmieni się, wystąpię z daleko idącymi projektami ustaw, które wprowadzą nowe zasady postępowań dyscyplinarnych. Ale jakoś się ich nie doczekaliśmy... Za to następca Kurczuka, min. Sadowski, okazał się przestępcą drogowym od lat chroniącym się za immunitetem przed sądem. A na końcu strażnik nawy państwowej ułaskawił ministra-kapusia mafii oraz aferzystę Vogla...
cdn.
Piotr Skórzyński
|
Copyright © 1997-2008
Wydawnictwo Szaniec