|
Jeden europejski obszar gospodarczy, ale dogłębnie zróżnicowany, w płacach unijnych - przepaść
Ile zarabiamy?
Jak to będzie, kiedy w Polsce złotówkę zastąpi euro? Niektórzy analitycy wymieniają zalety wprowadzenia wspólnej waluty, koncentrując się na tym, że łatwo będzie wtedy porównywać ceny i wynagrodzenia. Nie wiadomo, jak wysoko ludzie będą podskakiwać z radości, gdy okaże się, że u nas średnia krajowa to na przykład (jak dobrze pójdzie) 1 tys. euro, a w takich Niemczech czy Holandii albo w Danii... no właśnie, lepiej nie prorokować, żeby Polakowi zawczasu nie puściły nerwy. Podobno ma być lepiej niż dzisiaj, słyszymy od analityków. Tak samo nerwowo zareagujemy na porównanie emerytur, za które na pewno przeciętny niemiecki emeryt nadal będzie sobie jeździł na Teneryfę, - a polski, tak jak dzisiaj, wiązał koniec z końcem do następnego przekazu pieniężnego z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Są analitycy, którzy twierdzą, że zanim do nas wejdzie euro, to jest do 2013 r., albo 2015 r., płace w Polsce będą rosły bardziej dynamiczniej niż w bogatszych, unijnych krajach, ponieważ Polska zaplanowała, że jej rozwój gospodarczy przebiegać ma szybciej, a z tym związany jest wzrost płac. Zakłada się, biorąc poprawkę na falowanie wzrostu gospodarczego zależnego także od czynników pozakrajowych, że wzrost produktu krajowego brutto w cenach stałych nie spadnie przez dłuższy czas (do 2010 r.) poniżej ok. 5,5 proc., a w cenach bieżących poniżej 8,5 proc. Średni roczny wzrost wynagrodzeń w tym okresie powinien wynieść nie mniej niż 7,5 proc. - według niektórych ekspertów.
Największy przyrost płac za PiS-u
W grudniu ub. roku średnia płaca w sektorze przedsiębiorstw w Polsce wynosiła ok. 900 euro, rok wcześniej - 790 euro i w ciągu ostatnich dwóch lat zwiększyła się prawie o 200 euro, tj. prawie o 25 proc. Najwięcej w okresie całej polskiej transformacji. To nie tylko zasługa podwyżek płac, ale i tego, że złotówka w relacji do euro systematycznie się umacnia, w związku z czym polscy eksporterzy zapowiedzieli, że dłużej tego nie wytrzymają. Przeciętne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw w listopadzie ub. roku wynosiło prawie 3100 zł i rok do roku wzrosło o 12 proc., podał Główny Urząd Statystyczny. W listopadzie ub. roku górnicy otrzymali przeciętne wypłaty w wysokości 7200 zł, na co wpłynęły wypłaty barbórkowe; wcale to nie znaczy, że każdy górnik dostaje na rękę ponad 4 tys. zł miesięcznie i aż tyle pieniędzy wypłacili mu w listopadzie, bo po pierwsze wysokość płac podawana jest zawsze brutto, poza tym nie każda kopalnia i spółka węglowa płaci tak samo. Są i "górnicze kominy płacowe" wykrzywiające statystykę. To górników boli. Wynagrodzenia powyżej 5 tys. zł, według statystyk GUS, otrzymują m.in. kamieniarze, pracownicy koksowni i rafinerii ropy naftowej, zakładów tytoniowych.
Tylko w listopadzie płace w przedsiębiorstwach wzrosły prawie o 5 proc. poinformował GUS. Pracownicy otrzymali wyższe wypłaty, ale było ich o ćwierć miliona więcej niż przed rokiem! Inna sprawa, że kaskada pieniądza, która przedostaje się na rynek grozi inflacją, która i tak jest większa niż założony przez Radę Polityki Pieniężnej tzw. cel inflacyjny. Inflacja miała wynosić 2,5 proc. plus minus 1 proc. - tymczasem górna granica "celu" została przekroczona, wprawdzie minimalnie, ale jednak, bo inflacja osiągnęła poziom 3,6 proc. Na razie tylko z powodu wzrostu cen żywności i paliw. Ministerstwo Finansów twierdzi, że od 2008 do 2010 r. wzrost płac powinien wynieść ponad 660 zł, tj. ok. 180 euro. Dobra sytuacja finansowa przedsiębiorstw i naciski płacowe wskazują, że może to być nawet wzrost wyższy. Przyrost płac realnych nie weźmie się jednak z niczego, trzeba zwiększyć produkt krajowy brutto, wydajność pracy, zadbać o odpowiedni przyrost inwestycji zagranicznych, a także o niską inflację. Prowadzenie za uzdę gospodarki, w celu jej zrównoważonego i bezpiecznego rozwoju to nie jest łatwa sprawa i zadanie dla dyletantów.
Połamiemy nogi, goniąc Luksemburg
Według analityków firm doradczych HRK Partners i Towers Perrin, przeciętne płace w "starej" UE były półtora roku temu od 130 do 280 proc. wyższe niż płace na podobnych stanowiskach w Polsce, na których potrzebna jest wiedza i doświadczenie. W Niemczech na przykład tzw. pracownik wykonawczy zarabia ok. 281 proc., a w Wielkiej Brytanii ok. 217 proc. więcej niż u nas. To powinno skłaniać rząd do myślenia. Mniejsze dysproporcje występują na stanowiskach menedżerów, ale i tu są ogromne. Według Eurostatu najdroższymi pracownikami są Duńczycy, którzy na analogicznych stanowiskach co ich polscy koledzy zarabiają sześć razy więcej.
Pod względem poziomu średnich wynagrodzeń - czytamy w raportach - kraje unijne można podzielić na trzy grupy. Najwyższe średnie otrzymują pracownicy w Luksemburgu, Francji, Belgii, Szwecji, Niemczech i Wielkiej Brytanii. W drugiej grupie znajduję się Austria, Finlandia, Irlandia, Włochy, w trzeciej m.in. Grecja, Hiszpania, Portugalia. W Polsce nie tak dawno średnia płaca stanowiła 37 proc. średniej płacy w Portugalii. Mimo szybkiego wzrostu płac w ostatnich dwóch latach Polacy wciąż za mało zarabiają. W ub. roku przeciętną płacę (2654 zł) w otrzymywało u nas 65 proc. osób, spośród 11,8 mln zatrudnionych ok. 1,1 mln osób zarabia dzisiaj tylko ustawowe minimum - podał GUS. W ostatnich latach zaczęliśmy się z tego dźwigać, powoli, ale z uporem. Od stycznia 2008 r. wynagrodzenie minimalne wynosi u nas 1126 zł (ok. 300 euro). Ustawowa płaca minimalna w bogatych unijnych krajach przekracza 1200 euro. Widać przepaść.
Dyskryminacja ze względu na płeć
Płaca minimalna w Holandii to 1265 euro, w Belgii - 1210 euro, we Francji - 1197 euro, Irlandii - 1184 euro; dla porównania najniższa płaca w Stanach Zjednoczonych, tzw. płaca federalna, to tylko 706 euro, co absolutnie w tym przypadku nie ma nic wspólnego z rozwojem gospodarczym. Stany Zjednoczone są ciągle najsilniejszą gospodarką świata. Dwa lata temu PKB samego jądra Unii, tj. UE-15 stanowiło tylko 71 proc. poziomu produktu krajowego brutto USA. Ale, jak widać, dla średniaka w zawodzie praca w Stanach to już nie takie eldorado, jak kiedyś. Dla asa ciągle, jak najbardziej.
Rzecz jasna, są kraje (nowej UE), w których płaca minimalna jest sporo niższa niż w Polsce, w Bułgarii niespełna dwa lata temu, płaca minimalna wynosiła tylko 82 euro miesięcznie, w Rumunii - 93 euro, na Litwie - 174 euro, w Estonii - 192 euro, w Słowacji - 181 euro. W Portugalii płaca minimalna wynosi niewiele ponad 450 euro, w Grecji - 670 euro miesięcznie, podobnie jak w Hiszpanii. Udział pracowników zatrudnionych w pełnym wymiarze, uzyskujących płacę minimalną jest dużo wyższy wśród kobiet, zarabiają one w UE od 34 do 50 proc. średniej miesięcznej płacy brutto w sektorze przemysłu i usług. W Polsce płace kobiet są niższe niż mężczyzn o 21 proc. Miało w Unii nie być dyskryminacji ze względu na płeć - walczy o to werbalnie Komisja Europejska na całym unijnym obszarze gospodarczym - a jednak silna dyskryminacja ze względu na płeć, jak widać istnieje. W Stanach Zjednoczonych pod tym względem jest lepiej.
Malta, Cypr - tuż przed euro
Siła nabywcza złotówki i euro jest różna. Dzisiaj u nas za ok. 900 euro można nabyć towary warte np. w Belgii - 1500 euro. Analitycy związani z rządem uważają, że w Polsce nie jest tak źle, jak się powszechnie myśli, bo choć zarabiamy znacznie mniej, prawie wszystko jest u nas tańsze niż w krajach "starej UE", gdzie w większości krajów króluje euro. Jak wiadomo odżegnały się od wprowadzenia wspólnej waluty jedynie: Wielka Brytania, Szwecja i Dania, ale nie na zawsze. Te kraje mogły tak zrobić, my - nie. Przyjęcie euro jest naszym obowiązkiem. Wcześniej Polska musi spełnić odpowiednie kryteria gospodarcze. Wejście euro do Polski zostało zapisane w traktacie akcesyjnym (żadne referendum w sprawie przyjęcia bądź nie euro nie wchodzi w grę).
Z nowych członków UE tylko w Słowenii rodzimą walutę, którą był tolar, zastąpiła waluta wspólna. Wydarzenie miało miejsce rok temu, 1 euro zastąpiło tam wówczas 239,64 tolara. Przez pewien czas na rynku obracano zarówno euro, jak i schodzącymi tolarami, można powiedzieć, że Słoweńcy przeżyli czas ostrej matematyki, wychodząc na zakupy. W tym roku do strefy euro wejdą Malta i Cypr, znikną więc liry maltańskie i funty cypryjskie. Słowacja szykuje się do wejścia euro i łatwego porównywania cen i zarobków w przyszłym roku.
Wiesława Mazur
***
Kronika wyprzedaży Polski (250)
Ciepło też zagraniczne
Minister skarbu zaprosił w 2002 r. zainteresowanych inwestorów do rokowań w sprawie zakupu akcji Poznańskiej Energetyki Cieplnej SA, największego producenta energii dla aglomeracji poznańskiej. Przedsiębiorstwo wytwarzało energię elektryczną oraz ciepło w postaci wody i pary. Proces produkcyjny - kogeneracja - polegający na jednoczesnym wytwarzaniu energii elektrycznej i cieplnej uznawany jest za najbardziej efektywny ze względów technologicznych i ekonomicznych. Zarząd miasta Poznania podpisał porozumienie z francuską Dalkią, spółką należącą do Vivendi Environnement i państwowej Electricite de France. Dalkia działała w Polsce poprzez spółkę Dalkia - Termika, należącą w 65 proc. do Dalkii, a w 35 proc. do Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju. Chociaż o PEC SA starała się też Stadtwerke Leipzig, na 99,9 proc. było wiadomo, że Francuzi zostaną inwestorami, potrzebna była jeszcze zgoda rady miasta. Ryszard Grobelny, prezydent Poznania wyrażał się o Dalkii w superlatywach. Niecierpliwie wyglądał na pieniądze za PEC, bo bez nich nie mogły ruszyć poznańskie inwestycje. Zaraz po wyrażeniu zgody na prywatyzację, samorząd miał otrzymać 50 mln zł i dalsze 111,6 mln zł po dopełnieniu wszystkich formalności. Sprzedawano Dalkii -Termice 51 proc. akcji PEC SA. Wszystko szło wartko, ale potem Najwyższa Izba Kontroli stwierdziła, że działania prywatyzacyjne były niegospodarne i nierzetelne, skutkujące pogorszeniem sytuacji negocjacyjnej ministra skarbu i obniżeniem ceny transakcji, co najmniej o 65 mln zł. Francuzi zobowiązali się w ciągu 10 lat wyłożyć 521 mln zł na modernizację firmy, nad którą mieli objąć kontrolę, w ciągu 3 lat mieli podnieść kapitał zakładowy spółki o 90 mln zł. Firma była zadłużona na 148 mln zł, ale przede wszystkim dlatego, że zainwestowała w rozwój 210 mln zł. PEC SA miała dobre wyniki finansowe, za rok 2001 zysk spółki, po opłaceniu podatków, wyniósł 5,6 mln zł i był wyższy od planowanego o połowę.
***
Do czasu transformacji przedsiębiorstwa ciepłownicze funkcjonowały w większości, jako firmy państwowe. Właścicielem PEC SA, spółki która powstała z Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej w Poznaniu i została skomercjalizowana w 1997 r., było miasto. Powołano jednoosobową spółkę skarbu państwa - takie przekształcenie było potrzebne, żeby zabrać się za zbywanie akcji firmy. Załoga ze związkami zawodowymi owszem mogła sobie ponarzekać, że jej się prywatyzacja nie podoba, poszarpać o przywileje z kandydatem na inwestora - tak właśnie było w przypadku PEC SA, ale w samym procesie prywatyzacji uczestnictwo załóg nic nie znaczyło, decyzje zapadały poza nimi. Chociaż przedsiębiorstwa ciepłownicze działają w obszarze użyteczności publicznej, odbiorcy ciepła w ogóle nie mieli prawa wydać głosu, co się z "ich" PEC stanie. Związki zawodowe handryczyły się z ludźmi Dalkii, ale wystraszenie inwestora w tym przypadku w ogóle nie wchodziło w grę. Dyrektor francuskiej spółki Patrick Labat mówił, że kapitał zainwestowany w PEC SA zwróci się dopiero po 15 latach, ale w żadnym razie nie zamierzał wypuścić wróbla z garści. Dalkia zamierzała ekspansywnie wkroczyć na polski rynek. Niespokojnie spoglądała na "ciepło" w Łodzi, przy którym kręcili się jej konkurenci. Związkowcy PEC SA walczyli twardo o swoje, uciszani przez prezydenta Grobelnego i urzędników resortu skarbu: nie wygłupiajcie się, nie żądajcie tak dużo!. Sprzedający PEC wiedzieli, że im większe zobowiązania wobec załogi, tym niższa będzie ostateczna cena firmy, tym mniej wezmą za jej akcje, ale powiedzieli sobie trudno, grunt, że prywatyzacja w ogóle się odbędzie i wpadnie trochę złotówek na bieżące potrzeby. Związkowców z PEC SA uciszali także związkowcy z zakładu zza miedzy - z zazdrości - bo tamci "dali się sprywatyzować" bez apanaży i załoga ciosała im kołki na głowach. W PEC walczono o jak najdłuższe gwarancje zatrudnienia, wyższe zarobki, utrzymanie świadczeń dodatkowych, wypłacenie premii prywatyzacyjnej. Wszystko miało być - na owe czasy - z wysokiej półki. Warto przypomnieć, że wówczas, kiedy prywatyzacja opierała się o ustawę o komercjalizacji i prywatyzacji lub ustawę o gospodarce komunalnej - załodze przysługiwało prawo do darmowego "nabycia" do 15 proc. udziałów lub akcji przedsiębiorstwa. Te akcje lub udziały z reguły szybko odkupywane były przez inwestorów. To były często spore pieniądze.
***
W Poznaniu, sprzedając "ciepło" Dalkii - Termice, sprzedawano elektrociepłownie: EC Garbary oraz EC Karolin. Wiodącą rolę w systemie zaopatrzenia miasta w energię odgrywała Elektrociepłownia Karolin z trzema podstawowymi blokami energetycznymi węglowymi, wytwarzającymi ciepło i energię elektryczną w skojarzeniu. Pierwsze dostawy ciepła z tej elektrociepłowni miasto otrzymało w 1975 r., a dziesięć lat później z Karolina popłynęły dostawy energii elektrycznej. W 1991 r. uruchomiono drugi blok ciepłowniczy, a w 1998 r. - blok ciepłowniczo-kondensacyjny. Karolin posiadał wodne kotły opalane mazutem. Wszystkie kotły opalane węglem wyposażono w niskoemisyjne palniki, ograniczające emisję tlenków azotu. Sporo kosztowały elektrofiltry oczyszczające spaliny z pyłów. Blok energetyczny ciepłowniczo-kondensacyjny posiadał instalację odsiarczania. Popioły węglowe odbierał przemysły cementowy i materiałów budowlanych, szły na budowę dróg. Elektrociepłownia Garbary uruchomiona została w 1929 r. Przez długi czas służyła, jako podstawowy wytwórca energii elektrycznej dla Poznania. Ze względu na ciągle rosnące potrzeby miasta i na ciepło i na prąd oraz ograniczone możliwości dalszej rozbudowy Elektrociepłowni Garbary, w roku 1970 podjęta została decyzja o budowie Karolina. Kapitał zagraniczny w 2002 r. zaangażowany był w 17 spośród 46 częściowo lub całkowicie sprywatyzowanych przedsiębiorstwach ciepłowniczych. Na przykład: bydgoską spółkę z o.o. KPEC kontrolowali Niemcy z MVV ESCO Polska (54 proc. udział w kapitale), GPEC Gdańsk sp. z o.o. - także Niemcy z firmy Stadtwerke Leipzig (75 proc.), w MEC Koszalin sp. z o.o. obecni byli Szwedzi z koncernu Syndkraft (31 proc.), w Ostrowie Wielkopolskim, w OZC SA - również mieli udziały Szwedzi (49 proc.), w Poznaniu, jak wiemy, zamierzała inwestować Dalkia (51 proc.), w EC Słupsk Sp. z o.o. - szwedzki Syndkraft ( 70 proc.), do szczecińskiego SEC Sp. z o.o. - tak jak do Bydgoszczy weszli Niemcy z MVV Ecso (49,9 proc.), do wrocławskiego MPEC S.A. - Niemcy z EnBW (33 proc.), w Zielonej Górze w MZEC Sp. z o.o. umieściła się Grupa Kapitałowa EdF (100 proc.). Inwestorzy zagraniczni mówili szczerze, że chociaż na razie produkcja energii i ciepła to nie jest u nas dobry biznes, ale gdy Polska wejdzie do Unii Europejskiej i zostaną uwolnione ceny, odbiją sobie chude lata.
Wiesława Mazur
|
Copyright © 1997-2008
Wydawnictwo Szaniec