Tomasz Żukowski

OSTROŻNIE Z OGNIEM!


Wypada zacząć od deklaracji: Mieszanka wybuchowa to jedna z najciekawszych książek, jakie się ostatnio ukazały. Mimo przenikliwości i odwagi ma jednak swoje słabsze punkty. Postaram się je przedstawić i przedyskutować tym skrupulatniej, że tezy Jacka Zychowicza są mi w ogromnej większości niezwykle bliskie.

A zatem do rzeczy! Zychowicz zamyka swoje felietony pointami zbudowanymi wedle takiej mniej więcej formuły: denuncjuje jakąś formę ponowoczesnej represji, aby w zakończeniu przywołać jej dawny, zapomniany już odpowiednik i stwierdzić, że tkwił w nim jeszcze odblask wartości, przeciw którym zwracała się przemoc. Dziś tymczasem znikła nawet ta wątła iskra, czyniąc sprzeciw trudniejszym, jeśli nie niemożliwym. W felietonie "Słowa na torturach" znalazł się na przykład taki oto fragment: "Podpalając stos mnich w habicie przeczył zasadzie, na którą się powoływał - ale właśnie w jej imię można mu to było wypomnieć. Wtedy ten i ów liczył się ze słowami, a nawet się ich bał. Obecnie słowa wtopiły się natomiast w chaotyczną i pokruszoną, lecz w jakiś tajemniczy sposób kontrolowaną rzeczywistość. Przeciwko temu, co się dzieje, nie można już w ich imieniu protestować ani na nich się oprzeć" (s. 120).

Podobnych point znalazłoby się w Mieszance wybuchowej więcej. Każda z nich, brana z osobna, jest błyskotliwym konceptem, w całym zbiorze uderza jednak ich powtarzalność. Schemat, ujawniający się na poziomie konstrukcji tekstów, okazuje się pochodną schematu myślenia. Dialektyczna wolta, która ma wydobyć zakłamanie rzeczywistości i tym samym służyć emancypacji, wiedzie jednak od czasu do czasu w rejony, które z emancypacją mają niewiele wspólnego. Dzieje się tak, ponieważ myśl zafascynowana własną metodą przestaje zwracać uwagę na realia będące przedmiotem jej namysłu. Za przykład może posłużyć zakończenie felietonu "Kochaj, czyli rzuć", gdzie mowa o ponowoczesnej miłości i meandrach rewolucji seksualnej. Zychowicz pisze: "Poza pracą w dwuosobowej spółce, zostaje jeszcze czas wolny, który najlepiej wypełnić byle jak i z byle kim - żeby niepotrzebnie nie marnować energii, której potrzebuje przede wszystkim ta pierwsza. (...) Zaszczutą przez nowoczesny konwenans studentkę można pocieszyć chyba tylko tym, że mało jest dziś postaw równie oryginalnych i buntowniczych jak romantyczne uczucie, którym tak pogardzali prorocy powierzchownego wyzwolenia" (s. 139). Otóż nie! W romantycznym uczuciu nie ma potencjału kontestacji, a to z racji kontekstu, w jakim jest zanurzone. Romantycznie oddana dziewczyna, narzeczona, a potem żona wyląduje w tradycyjnym związku, gdzie będzie opiekować się dziećmi, harować w domu i leczyć frustracje męża. Zrealizuje zatem model, do którego przekonują jednym głosem kościół, wielkonakładowa prasa dla niezamożnych gospodyń domowych i seriale przeznaczone dla tej samej publiczności. Dialektyczna wolta wpycha więc bogu ducha winną studentkę w zależność, z której ledwo co zdołała się otrząsnąć, zaczynając studia. Denuncjując zakłamanie bogatych, Zychowicz opowiada się tym samym za stosunkami, które tu i teraz służą zniewoleniu biednych. Businesswoman stać na romantyczne uczucie - jeśli przyjdzie jej taka fantazja - bo w razie czego wynajmie pomoc domową i nianię, a w ostateczności adwokata, który poprowadzi sprawę rozwodową. Ryzykuje niewiele - środowisko, w którym się obraca, nie potępi jej, pewnie w ogóle nie zwróci uwagi na to, co dzieje się w jej prywatnym życiu. Co innego kobieta z małego miasta: zrealizuje model, zanim zdąży o nim pomyśleć, a kiedy przyjdzie refleksja i bunt, wszystkie drogi ucieczki będą już dawno zamknięte. Na straży stać będzie konserwatywna opinia zbiorowości.

W podobną pułapkę wikłają się felietony, w których pojawia się kwestia religii. Zychowicz pisze: "Przy całej antypatii do panującego obecnie wzorca polskiego katolicyzmu, uważam za prawdopodobne, że - choć niekoniecznie u nas, gdzie księża jak lwy bronią przywileju zezwalającego im na import drogich samochodów - niektórzy ludzie religijni staną się sojusznikami tych nielicznych, których jeszcze nie ogłupił towarowy spektakl zza oceanu" (s. 38). Przy zastrzeżeniach, że nie chodzi o polski kościół, a nawet w ogóle nie o kościół, tylko o niektórych ludzi religijnych, Mieszanka wybuchowa powtarza tę diagnozę (np. na s. 42 lub na s. 178, w zakończeniu felietonu "Alternatywa", zamykającego pierwszą część książki). Zychowicz odwołuje się jednak do przykładów z polskiego podwórka: kościelnych nacisków na zdelegalizowanie prostytucji i zakaz pracy w niedzielę (s. 37). Wydaje się, że w obu przypadkach spór z kościołem nie musi być - jak sugeruje Mieszanka wybuchowa - pochodną "myślenia plikowego", a więc niekoniecznie jest wynikiem bezmyślności. Kościół występuje z pozycji arbitralnej zasady, której ma podporządkować się życie społeczne, a nie z perspektywy czyichkolwiek praw. Maksyma "Pamiętaj, abyś dzień święty święcił" ma równie mało wspólnego z obroną praw pracowniczych, jak przykazanie "Nie cudzołóż" z wolnością kobiet.

Nawet jeśli w religii trwa jeszcze "poblask nieurzeczowionego świata", ruchy religijne - tak jak wyglądają one dzisiaj w Europie - nie mają nic wspólnego z emancypacją, bowiem ich działania, które wydają się zgodne z takim czy innym postulatem lewicy, są częścią całościowego projektu społecznego. Z tej perspektywy nie ma znaczenia, czy da się w nich dostrzec wspomnienie czasów, kiedy nie wszystko było jeszcze towarem, czy nie. Sugerując, że religia może stać się sojusznikiem emancypacji, Zychowicz lekceważy jej rzeczywiste uwikłania polityczne i brnie w sprzeczności. Okazuje się bowiem, że niedziela podarowana pracownikom przez chrześcijańskich konserwatystów nie przekłada się na żadne inne prawa. Sposobem na biedę pozostanie zachwalane przez kościół miłosierdzie bogatych, a stosunki między pracodawcą i pracownikami staną się jeszcze bardziej patriarchalne (patrz wypowiedzi Karola Wojtyły z ostatniej wizyty w Polsce albo świąteczne kazanie prymasa Glempa). Społeczny sens wprowadzonego przez "ludzi religijnych" zakazu prostytucji i pracy w niedzielę sprowadzi się do ograniczenia swobód obyczajowych oraz umocnienia tradycyjnego modelu społeczeństwa i rodziny. I znów najbardziej stracą na tym najsłabsi: przemoc przeniesie się w rejony, których nie kontrolują odpowiednie kodeksy, a ze społecznego dyskursu ostatecznie zniknie idea praw, przysługujących jednostce ludzkiej. Prostytucja stanie się procederem skszętnie ukrywanym, podobnie jak aborcja. Oficjalne statystyki będą o niej milczeć, zwiększy się za to w trójnasób nieoficjalna i przez nikogo nie kontrolowana przemoc, której i tak podlegają kobiety. Tyle, że wszystko dziać się będzie poza prawem, do którego można by się odwołać. Dlatego wydaje się, że sprzymierzeńcem lewicy jest raczej feminizm, o którym Zychowicz pisze z przekąsem i do tego niesprawiedliwie. Stwierdzenie, że "kobiety zasługują na promocję w porządnych firmach, gdyż świetnie się nadają do administrowania »zasobami ludzkimi«" (s. 151) to zwykły stereotyp, ale feminizm w żadnym razie nie da się do niego sprowadzić, jak to sugeruje Mieszanka wybuchowa. Odwołując się do idei równości, ruch kobiecy faktycznie tworzy w dyskursie publicznym język, od którego znacznie bliżej do praw pracowniczych i lewicowych postulatów socjalnych niż od maksymy "Pamiętaj, abyś dzień święty święcił".

Dialektyka Zychowicza streszcza się w deklaracji, która kończy ostatni z felietonów: "Czasy się zmieniają, a idee wraz z nimi. Porządek liberalny musi stawać się tym bardziej bezwzględny, im wątlejsza będzie fasada skrywająca jego nieludzkość. (...) Inaczej niż dawniej - wobec tego - należy wartościować idee wzbudzające opór przeciw niemu. Fanatyzm etniczny czy religijny mógłby trwale zniknąć tylko w świecie bez wykluczenia i głodu. A zatem ideowa polemika z nim, która nie sięga do jego rzeczywistych korzeni, wyrodnieje w serwilizm wobec dysponentów rakiet" (s. 178). Z całą pewnością krytyka wskazująca na korzenie nędzy zasługuje na najwyższe uznanie i taką właśnie krytykę uprawia Zychowicz. Chapeau bas! Trudno jednak wyprowadzać stąd wniosek, że każda inna myśl stawiająca sobie za cel ograniczenie obecnej w życiu społecznym przemocy z konieczności wyradza się w ustępstwo wobec panowania. Nie da się wprowadzić do szkół edukacji seksualnej albo przeforsować przepisów o refundacji środków antykoncepcyjnych bez sporu z kościołem, który w optyce Mieszanki wybuchowej będzie niczym więcej, jak tylko "łatwym atakiem na fanatyzm religijny" potwierdzającym w istocie rację silniejszych. Tymczasem zmiany takie realnie zmniejszają społeczną opresję. Zychowicz pisze, że nigdzie nie ma "nieuświadomionych dzieci", mimo "niestrudzonej walki z wychowaniem seksualnym w szkołach, jaką prowadziła świętej pamięci »Solidarność«" (s. 138). Nieprawda! Wystarczy spojrzeć do statystyk i zobaczyć, ile małżeństw zawiera się pod presją ciąży. Podobnie ma się rzecz z antysemityzmem. Bez sporu z postawami ksenofobicznymi Polska stanie się piekłem dla emigrantów, którym i tak nie jest tu łatwo. Jeżeli lewica przestanie demaskować egoizm narodowy, to wkrótce nie będzie się do czego odwoływać, żądając "świata bez wykluczenia i głodu". Antysemityzm nie jest poglądem, któremu schlebia "grupa staruszków wydająca powielaczowe pisemko w stylu miesięcznika Szczerbiec" (s. 100). Antysemickie książki i gazety (z tych wielkonakładowych - Głos, Nasza Polska, Nasz Dziennik) leżą w księgarniach i kioskach. Wedle przeprowadzonych ostatnio badań (Gazeta Wyborcza ????) na hasła antysemickie podatnych jest 50% polskiego społeczeństwa. Jeżeli wyniki te są błędne, trzeba je zweryfikować, a nie bagatelizować problem, bo tak wypada z przyjętego modelu. Przykłady edukacji seksualnej, feminizmu czy ksenofobii, podobnie jak niedostrzeganie rzeczywistych programów politycznych odwołujących się do światopoglądu religijnego świadczą o tym, że Zychowicz lekceważy empirię życia społecznego tam, gdzie fakty nie potwierdzają schematu, jakim się posługuje. Jeszcze raz zaznaczam, że zarzut ten dotyczy jedynie niewielkiej części jego diagnoz, lecz mimo to rzuca cień na metodę.

Przyjmując za Zychowiczem, że także w świecie myśli gorsza moneta wypiera lepszą, ważny okazuje się nie tylko cel krytyki, ale przede wszystkim sposób, w jaki się ją prowadzi. Poparty argumentami spór z klerykalizmem czy ksenofobią wydaje się z takiej perspektywy równie ważny, jak zasadnicza krytyka podstaw systemu. Jeżeli bunt nie ma zamienić się w lustrzane odbicie systemu, trzeba wykorzystywać każdą sposobność, aby rozszerzać autonomię jednostki. Zychowicz krytykuje prawa człowieka, a raczej to, jak wykorzystuje się je w ponowoczesnym świecie, ale źródłem jego krytyki nie jest nic innego, jak uznanie tych właśnie praw. Przyznaje przy tym, że w skomercjalizowanej do ostatka współczesności idea praw człowieka potrafi rozbłysnąć prawdziwym światłem. Pisze na przykład o "godnym uznania wyjątku", jakim jest Komitet Helsiński (s. 178). W jakimś sensie zatem idea praw człowieka wciąż obnaża przemoc, która czyni sobie z niej parawan, i jest w tym skuteczniejsza, niż przykazanie miłości bliźniego za czasów inkwizycji. Wyjątków, o których wspomina Zychowicz, znalazłoby się więcej i to głównym nurcie życia społecznego: weźmy na przykład funkcjonujące w krajach Północnej Europy prawa redystrybucji dochodu narodowego, prawo do minimum socjalnego albo powszechną opiekę zdrowotną, które nie dają sprowadzić się jedynie do skutków rozwoju kapitalizmu, ale pozostają rzeczywistym - choć ograniczonym - świadectwem postępu. Skoro tak, czy nie warto przyjrzeć się jeszcze raz samemu modelowi, który sprowadza wszystkie te zjawiska do roli zaledwie wyjątków? Jeżeli Zychowicz jest zdania, że współczesny kapitalizm jest najgorszą ze znanych form uspołecznienia, a dzieje ludzkości sprowadzają się do stałego regresu, to jego stanowisko ma strukturę tradycjonalizmu.


Pierwsza strona
Raport CPK