NOWA FORMUŁA UMOWY SPOŁECZNEJ
Treść podstawowych norm umowy społecznej - powszechnych zasad dystrybucji dóbr, szacunku społecznego, praw i obowiązków - często przejawia się czy przenika do świadomości społecznej za pośrednictwem bardzo lakonicznych formuł. Są one, bądź stają się przesłanką identyfikacji zbiorowej i indywidualnej oraz symbolicznym środkiem, opisującym różne aspekty życia publicznego. Rozumiane w ten sposób, wyznaczają kierunki i zakres kooperacji w ramach społeczności obywatelskiej. Nawet jeśli nie są powszechnie akceptowane, to tak czy inaczej wyznaczają dominującą tonację w dyskursie publicznym i określają warunki, na mocy których przychodzi nam działać i dokonywać wyborów w sytuacjach codziennych i wyjątkowych. Ich autorytet rozstrzyga o sposobie, w jaki odnosimy się do samych siebie, innych - członków rodziny, sąsiadów, obywateli - czy do struktur państwowych.
Instytucjonalny zapis takich formuł znajduje swój wyraz w podstawowych aktach prawych: preambułach do konstytucji bądź w ich wstępnych artykułach. W tej formie definiują one pryncypia systemu politycznego, a tym samym reguły jego działania. Konstytucyjny wymóg "społecznej gospodarki rynkowej" pełni taką właśnie funkcję w prawodawstwie niemieckim. Określa zasadnicze zobowiązania państwa wobec obywateli odnośnie obciążeń i gratyfikacji wynikających z życia gospodarczego.
* * *
W Polsce obiegową formułą sięgającą sedna nowej umowy społecznej w okresie transformacji po roku 1989 stało się hasło "bierzcie sprawy w swoje ręce".
Pozornie dotyczy ono podmiotu zbiorowego, czyli całości społeczeństwa, ale w gruncie rzeczy jego adresatem jest każdy z osobna. Formuła ta akcentuje bowiem zaimek "swoje". Jest zatem wyrażonym w formie imperatywu wezwaniem skierowanym do Mnie lub do Ciebie: "Ty sam weź swoje ręce to, co pojawia się w horyzoncie twojego doświadczenia! Nie oglądaj się na innych, na państwo i sąsiadów, ważny jesteś tylko ty. Dla każdego z osobna powinny teraz stać się najważniejsze jego zdolności, jego talenty i jego możliwości. Nie przejmuj się zatem innych, i tym, co zdołali chwycić. Oni sami, na równi z Tobą, powinni się o siebie zatroszczyć. Pomyśl, co ty możesz, powinieneś, musisz zrobić dla siebie, aby wychodząc »z domu niewoli«, wyzwalając się z niewolniczej mentalności homo sovieticusa wznieść się na poziom w pełni podmiotowej, bo samodzielnej, egzystencji".
Aktywistyczny ton maksymy "bierzcie sprawy w swoje ręce" ma niewątpliwe walory. Skoro każdy jest, albo już niebawem stanie się przedsiębiorczym podmiotem, to treść jego przeznaczenia sprowadza się do tego, co zdoła wziąć we własne ręce. Każdemu przypada w udziale to, co zagarnie. Los można chwycić w garść jak własność. Maksyma "bierzcie sprawy w swoje ręce" wiążąc w osobliwy sposób pojęcia losu i własności, rozstrzyga o tym, za kogo uznajemy samych siebie i innych. Status każdego z nas sprowadza się do towaru, jaki wpadł nam w ręce, albo jaki one same mogą stanowić. Oto odpowiedź dla tych, których trapią wątpliwości, dlaczego niemal 60% polskiego społeczeństwa sytuuje się poniżej minimum socjalnego, podczas gdy od roku 1989 ciągle rosną nierówności majątkowe między obywatelami. Jedni "wzięli w swoje ręce" niedostatek i bezdomność jako warunki odpowiadające ich egzystencji; inni zechcieli wziąć (wybrać) bogactwo, szacunek społeczny i dostatnie życie. Pieniądze leżą na ulicy, jeśli nie na każdej, to przecież przy odrobinie wysiłku można trafić na tę właściwą. Ręce każdego z nas symbolizują wybory, jakich dokonujemy, ale wybory te są jednocześnie znakiem zadekretowanego przez naturę przeznaczenia. Uznajmy tym samym, że przyrodzona przedsiębiorczość przejawia się w różnoraki sposób. W końcu każdy bierze w swoje ręce własność, jaką jest jego los - własność reprezentowaną przez ubóstwo lub dostatek.
Jesteśmy wolni o tyle, o ile bierzemy sprawy w swoje ręce. Swoboda rąk symbolizuje doświadczenie wolności, brak przeszkód i ruch - przestrzeń nieograniczonych możliwości. Stwórzcie ludziom szanse, aby brali i zawłaszczali, a otworzy się róg obfitości. Po co zatem krępować ich opieką socjalną, która nie tyle podtrzymuje życie, co odsysa z organizmu siły witalne, żeby przetoczyć je w krwioobieg zbiurokratyzowanego molocha? Po co pętać spontaniczny przepływ twórczej energii kieratem redystrybucji i progresji podatkowej? Te archaiczne postulaty, gdzieniegdzie jeszcze zrośnięte z ludzką zaradnością tak, że stały się jej drugą naturą, należy bezwzględnie zdemaskować jako wyraz postawy roszczeniowej. Dlaczego - pytają ludzie trzeźwo myślący - komuś miałoby przysługiwać prawo wyrywania z cudzych rąk tego, co się w nich znalazło? Taki przywilej próbują uzurpować sobie tylko chciwcy i zazdrośnicy. Ich niezdarne gesty zdradzają plebejskie maniery, odziedziczone po PRL-owskiej tresurze. Chcą przecież wziąć od innych to, co ci zdobyli pracą własnych rąk. Tymczasem nawet biorąc sprawy we własne ręce trzeba pamiętać, że wszystko ma swoje granice. W tym wypadku są nimi... ręce cudze. Postawy roszczeniowe trzeba więc demaskować i tępić przede wszystkim z tego powodu, że kwestionują samą zasadę nowej umowy społecznej. Podważają aksjomat prywatności.
Natura nie uczyniła nas podobnymi, lecz różnymi. Powinniśmy to uszanować. Mimo wszystko ludzie, którzy biorą sobie to, co pojawia się w ich zasięgu, muszą się jakoś komunikować. Czasy, kiedy każdy mógł działać na własną rękę, minęły bezpowrotnie. Żeby zgarnąć coś ze świata, potrzeba dziś rąk do pracy. Czy tego chcemy czy nie, żyjemy w świecie, który przynamniej z nazwy jest społeczny. Uspołecznienia wystarczy przynajmniej na tyle, żeby wyłonić wolny rynek, ów najbardziej ludzki ze wszystkich wynalazków, wyznaczający przestrzeń dobrowolnych interakcji, aktów wymiany, najmu i sprzedaży. Nikt nie posiada nad nim niepodzielnej władzy - bowiem po ojcowsku, czasem czule, czasem surowo, zawsze sprawiedliwie, włada nim... niewidzialna ręka. Ta dyskretna potęga prowadzi nas, na wieki ułomnych i niedojrzałych, przez labirynty świata zawsze najkrótszą drogą, byśmy mogli spotkać się i działać. "Brać sprawy w swoje ręce" to ostatecznie umieć podążać za niewidzialną ręką rynku. Ręka własna staje się konsekwentnie materializacją i manifestacją tej niewidzialnej, obcej i troskliwej zarazem, która z bezpiecznego dystansu administruje losem ludzkiego świata. Ręka rynku rozstrzyga zatem kim lub czym jestem: o ile ja biorę sprawy w swoje ręce, o tyle ona bierze mnie pod swoją opiekę.
Gdy ktoś próbuje jeszcze, za Rousseau czy Kantem, spekulować na temat reguł umowy społecznej, zdradza tym samym ignorancję, a dokładnie zaległości w lekturze Adama Smitha. Gordyjski węzeł niekonkluzywnych zawiłości teoretycznych zostaje rozcięty przez miecz wolnorynkowej praktyki. To wolny rynek i kierująca nim niewidzialna ręka okazuje się mechanizmem łaskawie i sprawiedliwie rozdzielającym zasoby, prawa, obowiązki, obciążenia i gratyfikacje. Jest więc wystarczającą zasadą społecznej kooperacji. Choć jego kaprysy są niezbadane, to z całą pewnością nieomylne. Jednych rzucają w centrum, innych spychają na peryferia, lecz każdego prowadzą na właściwe mu miejsce w naturalnym porządku rzeczy. Maksyma "bierzcie sprawy w swoje ręce" streszcza żelazne prawa rynku jako rzeczywistego prawodawcy, o czym zaczyna się już przekonywać awangarda socjaldemokracji, w przeciwieństwie do lewackich maruderów.
Skoro wystarczy samoregulujący się mechanizm wolnego rynku, to po co jeszcze jakaś polityka socjalna? Więcej: po co w ogóle polityka? Zaraz po pierwszej rundzie wyborów samorządowych, 27 października 2002 roku jeden z polskich hierarchów, próbując wyjaśnić niepokojące jego zdaniem doniesienia o niskiej frekwencji wyborczej, miał zauważyć: "Polacy nie chcą brać spraw w swoje ręce". Zasugerował tym samym, że obywatele nie spełnili obowiązku i nie wykorzystali możliwości, żeby zatroszczyć się o los władzy publicznej na poziomie lokalnym. W istocie jest jednak odwrotnie. Polacy zlekceważyli możliwości, jakie daje im prawo głosu, ponieważ potraktowali serio i dobrze zrozumieli zasadę "bierzcie sprawy w swoje ręce". Maksyma ta wzywa ich przecież, aby wznosząc się na poziom samodzielności i niezależności, nie oglądali się na pomoc władz centralnych i samorządów. "Bierzcie sprawy w swoje ręce", bo państwo tego za was nie zrobi. Państwo nie powinno przecież wyręczać obywateli w realizowaniu ich własnych zadań i obowiązków. Skoro niewidzialna ręka rynku zastępuje politykę państwa, to z jakiej racji obywatele mają angażować się w jego działalność? Skoro władza publiczna nie powinna interesować się ich losem (i rzeczywiście tego nie robi), to dlaczego oni mieliby interesować się jej kondycją? Dobrze zrobili nie idąc do wyborów! Dlaczego mieliby brać udział w życiu państwa, kiedy ono nie uczestniczy w ich życiu? Po co im państwo rozumiane jako dobro wspólne, skoro ręce są prywatne? Maksyma "bierzcie sprawy w swoje ręce" okazuje się zatem, czy tego chcemy czy nie, jednym ze źródeł inercji życia obywatelskiego. Pozwala za to skierować energię społeczną tam, gdzie jest ona najbardziej potrzebna i gdzie może być rzeczywiście twórczo wykorzystana, a więc na obszar rynku.
* * *
Nie ma wątpliwości, że maksyma "bierzcie sprawy w swoje ręce", tyle razy powtarzana jeszcze przez Lecha Wałęsę, stała się jednym ze sztandarowych znaków polskiej transformacji. Błyskawicznie zdobyła serca i umysły polskich elit intelektualnych i opiniotwórczych, by służyć im jako poręczny symbol wyjaśniający nowe zasady panujące w świecie społecznym. Jej uroczo plebejskie brzmienie i przejrzysty przekaz rzeczywiście doskonale nadają się do tego, by zobrazować ducha nowych czasów w formie, w jakiej wykuły go strategiczne decyzje ekonomiczne po roku 1989. Wyjątkowo skutecznie legitymizuje przebieg polskiej transformacji ustrojowej, oferując ludziom nieznane wcześniej poczucie pełnej podmiotowości. W zarodku rozładowuje zatem niezadowolenie społeczne, gdyż zawczasu przesuwa całą odpowiedzialność z państwa na jednostkę. Owa pierwotna prywatyzacja odpowiedzialności umożliwiła dopiero właściwą prywatyzację. Maksyma "bierzcie sprawy w swoje ręce" odniosła jednak właściwy sukces dopiero w roli reguły streszczającej nową treść umowy (a)społecznej. Tłumaczy sens wolności, podmiotowości, aktywności i własności, by powiązać wszystkie te elementy w ramach wyprowadzonych z mechanizmu rynkowego reguł społecznej kooperacji oraz zasad podziału dóbr, praw i obowiązków.
Wydaje się, że w tej właśnie funkcji maksyma "bierzcie sprawy w swoje ręce" nie tylko przenika do świadomości potocznej Polaków, ale nade wszystko wyznacza wykładnię priorytetów systemu politycznego III RP. Biorąc pod uwagę jej niewątpliwy splendor, należy stwierdzić, że zdobyła już status naczelnej zasady ustrojowej spychając w cień konstytucję, której pierwszy artykuł brzmi: "Rzeczpospolita jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli".